Lot sterowcem po lepsze jutro

Czasem leżę na kanapie i wyobrażam sobie, że zmieniam świat.

Nad Afryką zrzucam mannę z nieba, deszcz witamin, minerałów i mikroelementów. I trochę wędek, żeby zadowolić liberałów. Ale na co komu taka wędka na pustyni czy innej sawannie? Na drzewo wejdzie i słonie będzie łowił? No ale skoro mówili, że wędka tak, a ryba w żadnym wypadku, to niech mają. Odpuściłam, chociaż deszcze ryb to klasyka, można powiedzieć — tradycja. Zamiast tego dodaję do manny kapsułki z kwasem omega ileś, takie normalne z apteki.

Potem walczę z przeludnieniem — dysydentów wsadzam w rakietę i myk do innej galaktyki, jest tam ponoć taka planeta całkiem niezła do zamieszkania, czytałam w gazecie. Od razu luźniej się robi.  A dysydenci niech sobie radzą, strzeżeni przez moje wcześniej tam umieszczone roboty resocjalizacyjne najnowszej generacji.

W fabrykach w trzecim świecie wprowadzam przepisy BHP i p/poż., godną płacę i ośmiogodzinny dzień pracy. Tam też wysłałam roboty, bo nie mogę przecież wszędzie być jednocześnie i pieczy nad wszystkim sprawować, jak co rano sterowcem muszę do tej Afryki lecieć z manną, wędkami i prezerwatywami, wiadrami edukacji i elektryfikacji, paletami opieki zdrowotnej i czego tam jeszcze potrzeba, a potem cały świat zwiedzać i konflikty zbrojne rozwiązywać, co wcale nie jest łatwe, bo zaraz jest „Ale proszę pani, to oni zaczęli” i „A bo oni nam jeszcze wcześniej kuku zrobili”.

Jak już się z tym uporam, to ratuję środowisko naturalne, roztopione lodowce rekonstruuję w zamrażalniku, zalesiam na nowo Puszczę Amazońską, sypię piasek na Pustynię Błędowską, pomagam zagrożonym gatunkom w niezmienianiu statusu na wymarłe.

Wieczorem idę do studia telewizyjnego i edukuję narody świata: opowiadam im o wzajemnym szacunku, edukuję seksualnie, prozdrowotnie i równościowo, a za mną rzędy kabin, a w każdej kabinie tłumacz niby papuga w klatce. Sama kiedyś w takiej kabinie siedziałam i wiem, jak to jest, więc staram się mówić powoli i wyraźnie, unikam wyrażeń nieprzetłumaczalnych i niebezpiecznych wieloznaczności.

Późno w noc, gdy wracam, zmęczona dniem ciężkim a pożytecznym, zaglądam jeszcze do laboratoriów, w których naukowcy na trzy zmiany (ale za to z socjalem, kartą Multisport i biletami darmowymi do kina i teatru) opracowują leki na wszystkie bolączki świata. Najnowszym ich osiągnięciem jest bardzo sprytna pułapka na altmedowców: na opakowaniu napisane, że to szamani z dalekiej Syberii taki oto homeopatyczny lek na ból głowy, brzucha, prawej stopy i lewej łopatki tysiące lat temu wymyślili i do tej pory o świcie, gdy księżyc w odpowiedniej jest fazie, idą w tajgę zbierać tajemnicze mchy i porosty, które następnie suszą, a może wyciskają albo kiszą w beczce, by potem rozwodnić w krystalicznych wodach Bajkału. A tymczasem jest to specyfik na natychmiastowe przywrócenie rozumu. Sama czasem biorę, żeby mi ta władza do głowy nie uderzyła.

I tak sobie leżę i myślę, roztaczam czarowne wizje, a tu pranie niewstawione, podłoga nieodkurzona, praca magisterska nienapisana, w pracy piętrzą się dedlajny. Kiedyś wstanę i chociaż w najbliższym otoczeniu coś zrobię, list do gazety napiszę, pójdę protestować czy edukować… niech się tylko ogarnę, niech tylko mam za sobą to albo tamto. Kiedyś. Ale jeszcze nie teraz.

(czerwiec 2014)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s