Blaski i cienie pracy zdalnej

Pracuję z domu. Moje miejsce pracy znajduje się w dużym pokoju obok drzwi balkonowych i składa się z połowy stołu oraz małego parapetu. Nie jest to imponująca przestrzeń, ale mieści się na niej wszystko, czego potrzebuję: laptop, popielniczka, moje liczne napoje (jestem osobą z natury niezdecydowaną, w związku z czym często piję jednocześnie kawę, herbatę, sok i wodę z cytryną, tę ostatnią niekiedy w dwóch wersjach: zimnej gazowanej i gorącej niegazowanej), multum lakierów do paznokci, notatnik, jakieś papiery, a w chwili obecnej z niewiadomych przyczyn także lampka od roweru. Do lodówki mam siedem kroków, do łóżka trzynaście.

Sytuacja ta ma swoje liczne plusy, które niestety są równocześnie minusami. Klasyczne plusy ujemne, powiedziałabym.

Mogę radośnie zaczynać pracę o godzinie ósmej, zdążywszy się przedtem wyspać, nie muszę bowiem pokonywać w tym celu żadnych znaczących odległości. Żadnego brnięcia przez niesprzyjające warunki atmosferyczne, wstawania, gdy na polu jeszcze ciemno, nerwowego szukania kluczy przed wyjściem z domu ani rearanżacji makijażu na ostatnią chwilę, bo ręka dzierżąca eyeliner drgnęła i kocie oko zamieniło się w oko pandzie. Zamiast tego mogę spokojnie wstać, zrobić sobie śniadanie, leniwie włączyć komputer, zobaczyć, co na Facebooku, sprawdzić pocztę i… no właśnie: zabrać się do roboty, bo oto z któregoś maila łypie groźnie ASAP czy jakaś inna cholera. „A poranne czynności?” — zapytacie. Otóż poranne czynności schodzą w obliczu ASAP-u na plan dalszy i gdy wreszcie odrywam się od komputera celem udania się pod prysznic, są już de facto czynnościami południowymi.

Nie zdarza mi się to rzecz jasna codziennie. Często udaje mi się doprowadzić do stanu umożliwiającego otwarcie drzwi listonoszowi lub wizytę w osiedlowym sklepie o właściwej porze. Nie można wszak cały dzień pętać się po domu w koszuli nocnej. Wiem o tym dobrze, gdyż i ten wariant wypróbowałam. Szybko zaczyna się człowiek czuć jakiś rozlazły i niehigieniczny, choćby nawet i ciało i koszulę miał czyste.

O tym, co należy ubrać (pragnę w tym miejscu zaznaczyć, że jestem z Krakowa, mogę zatem bezkarnie używać tej formy) do pracy zdalnej, internet ma do powiedzenia wiele. Propozycje są różne, od starannie skomponowanego stroju biurowego począwszy, na spodniach od dresu i bawełnianej koszulce skończywszy.

Mnie osobiście strój biurowy odrzuca, choć zdaniem niektórych pozytywnie wpływa na efektywność i skupienie. Nie po to człowiek siedzi w domu, żeby wyglądać, jakby siedział w urzędzie. Poza tym w ołówkowej spódnicy nie da się usiąść na krześle w mojej ulubionej pozycji, czyli, jak mówi moja mama, „jak pies na płocie”.

Znacznie bliżej mi zatem do drugiego bieguna. Spodnie od dresu mam co prawda jedne, przeznaczone na fitness, ale są jeszcze leginsy i szarawary. Do tego jakiś tiszert, najlepiej z nadrukiem. I już: jest wygodnie, praktycznie i niezobowiązująco niczym w piżamie, z tą jedynie różnicą, że ponieważ strój ten technicznie nie jest piżamą, nie czuję się w nim rozlazła.

Za to cierpię za każdym razem, gdy wychodzę do ludzi i muszę w związku z tym odpowiednio wyglądać. Okazało się bowiem, że odzwyczaiłam się od dżinsów, spódnic, rajstop, nawet od skarpetek. Wszystko mnie uwiera, ciśnie i w ogóle jest jakieś nie takie. Może to zresztą dlatego, że przytyłam. Nie, żebym wbijała się na siłę w za małe ciuchy, ale może im więcej tłuszczu, tym więcej ciśnięcia. Zadziwiająco łatwo jest przytyć przy takiej robocie. Rusza się człowiek tyle co nic, zapas pożywienia ma pod ręką… niby postanowiłam coś z tym zrobić zapisując się na fitness, ale póki co udało mi się tylko zadziać gdzieś kartę członkowską i to tak skutecznie, że zaczynam podejrzewać, że przypadkiem wrzuciłam ją do czarnej dziury.

Szczęśliwie nie wychodzę zbyt często, mogę się zatem w pełni komfortowo przewalać po domu w moich piżamoidalnych outfitach. Jestem raczej umiarkowanie towarzyska, a kontakty z wieloma osobami mogę utrzymywać przez internet, ale to podobno niezdrowo — człowiek dziwaczeje, zamienia się w odludka, a na końcu umiera i zostaje zjedzony przez swoje siedemdziesiąt dwa koty. Chciałabym mieć koty, niekoniecznie od razu siedemdziesiąt dwa, mimo to jednak staram się czasem gdzieś wyjść i spotkać się z jakimiś sympatycznymi ludźmi. Chyba powinnam robić to częściej, bo już teraz obserwuję u siebie skłonność do mamrotania pod nosem.

Umawiać się mogę jednak dopiero na wieczór, i to raczej późniejszy niż wcześniejszy. Mogę sobie zaczynać o ósmej, nie znaczy to jednak, że skończę o szesnastej. Mam elastyczny czas pracy i tak, mogę sobie w ciągu dnia wyskoczyć na pocztę czy o urzędu, jeśli zachodzi taka potrzeba, mogę też wziąć wolne, kiedy mam ochotę. Ale z reguły nie biorę. Długie weekendy raczej dla mnie nie istnieją, podobnie spontaniczne wyjazdy, które według autorki czytanego przeze mnie kiedyś tekstu miały być zdecydowanym plusem takiego rodzaju pracy. Świat by się pewnie nie zawalił, gdybym oświadczyła, że dnia tego i tego pracuję do godziny piętnastej, a potem idę z koleżanką na obiad, nic by się też szczególnego nie stało, gdybym wyjechała gdzieś na tydzień. Ale, po pierwsze, hajs sam się nie zarobi. Po drugie, i zapewne ważniejsze, gdy zaczęłam pracować, odkryłam, że mam — pozostające w stanie hibernacji przez całą moją edukację, niestety — skłonności do pracoholizmu. Na etacie pewnie nie ujawniłyby się tak szybko, bo głupio siedzieć w biurze, gdy wszyscy dawno już poszli i tylko portier tkwi na stanowisku, ale w obecnej sytuacji może rozkwitać bujnym kwieciem. Pracoholizm, nie portier.

Ale w sumie nie jest źle. Praca czysta, niefizyczna, w cieple, a ponadto zgodna z moim — humanistycznym, co w świetle mojego poprzedniego posta czuję się w obowiązku podkreślić — wykształceniem. Tylko szkoda, że nie mogę tego samego robić na etacie. Wtedy to dopiero byłoby fajnie.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Blaski i cienie pracy zdalnej

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s