Czapka

Patrzę na tę dziewczynę tylko dlatego, że jej czapka przypomina mi jedne moje rajstopy — kolor na granicy między bordo a śliwką, przetykana błyszczącą niebieskawą nitką. Dawno je wyrzuciłam, bo porobiły się w nich dziury — nie oczka, tylko właśnie dziury — ale dobrze je pamiętam. Zawsze nosiłam je do czarnej spódnicy i jednego z dwóch pasujących do nich swetrów. A teraz siedzę w autobusie i przyglądam się dziewczynie. Nie, żeby specjalnie, mój wzrok po prostu na niej zawisł. To studentka, stoi i rozmawia z innymi studentami. „No i nie oddałam jej tego, bo.” — mówi, a to „bo” z „o” przedłużonym i nosowym, brzmiącym prawie jak „ą”, wyraża wszystko tak dokładnie, że nie trzeba już nic dodawać. I ona nie dodaje. Lekko marszczy brwi, wydyma górną wargę. Od razu wiadomo, że oddawanie tego, czymkolwiek ono jest, to czynność pozbawiona sensu i celu, wręcz wstrętna, czy to ze względu na tajemniczą nią, czy na jakieś inne okoliczności.

Czapka wygląda na nową, więc myślę o ludziach, którzy co sezon kupują sobie nową czapkę, może nawet więcej niż jedną, prawdopodobnie nie przykładając do tego faktu większej wagi. Ja tak nie mam. Bardzo przywiązuję się do czapek.

Zaczęło się od tego, że gdy miałam pięć czy sześć lat, tata kupił mi na straganie w Zakopanem na moje wyraźne życzenie czarną wełnianą czapkę męską. Była za duża na mą dziecięcą głowę, więc opadała mi na oczy, i dość bezkształtna, ale ja byłam zachwycona. Nosiłam ją aż do piątej klasy, kiedy to w tajemniczych okolicznościach zaginęła w szatni sali zabaw. Szukałyśmy jej z mamą długo, ale bez skutku. Rodzice kupili mi inną, możliwie podobną, lecz to nie było to samo. Nie usatysfakcjonował mnie też beret, który dostałam wkrótce potem, ani opaska, ani w ogóle żadne inne nakrycie głowy. Konsekwentnie chodziłam w kapturze albo w ogóle bez niczego na głowie, aż do klasy maturalnej.

Pewnego chłodnego listopadowego czy grudniowego dnia pojechałam w jakiejś sprawie do cioci Zosi. Znacie ciocię Zosię — zapewne nie osobiście, ale ten typ cioci na pewno nie jest wam obcy. To osoba, która wyraża miłość i troskę obierając wam jabłuszko i krojąc je w ósemki, choć jesteście już dorośli i macie dwie zdrowe ręce i wzdychając, że już nie jecie mięska, a w dzieciństwie tak lubiliście parówki, by następnie starannie nałożyć wam porcję lecza niezawierającą nawet najmniejszego kawałka rzeczonego mięska. Grzecznie zjadacie, choć w sumie to nie jesteście głodni, a cała potrawa zdążyła już przejść mięsnym posmakiem. Ciocia Zosia dba też o to, by nigdy nie było wam zimno, twierdząc w zależności od okoliczności, że ciepło najszybciej ucieka przez stopy lub przez głowę. Dlatego właśnie tego późnojesiennego dnia odmówiła wypuszczenia mnie od siebie bez nakrycia głowy. Z głębi meblościanki wydobyła czapkę — znów czarną i bezkształtną, lecz tym razem nie wełnianą, a wykonaną z akrylu. Z pewnym ociąganiem nałożyłam ją na głowę i poszłam na przystanek. Było mi ciepło w głowę i uszy. Wyglądałam dobrze, co stwierdziłam, przeglądając się w szybie. Od tamtej pory jest to moja jedyna i ulubiona czapka, choć wytarła się nieco z tyłu. Nie szkodzi. W tym roku jeszcze jej nie wyjęłam, nie wiem nawet, gdzie dokładnie jest, ale mam głęboką nadzieję, że w końcu uda mi się ją znaleźć. Bo jeśli nie, to nie wiem, co to będzie. Pewnie płacz i zgrzytanie zębów.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Czapka

  1. […] i łatwy w czyszczeniu materiał idealnie sprawdza się podczas podróży komunikacją miejską. Wisienką na torcie jest czapka, która pozwala na wyrażenie indywidualnego stylu, Krakuska jest bowiem kobietą praktyczną, lecz […]

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s