„It’s called the comfort zone for a reason.”

Zaszły ostatnio w moim monotonnym życiu dwie rzeczy: prywatnie zaczęłam z pewną regularnością uczęszczać na fitness, a służbowo doszły mi nowe obowiązki związane z jednym klientem. Klient ten produkuje maszyny do ćwiczeń oraz liczne teksty na ich temat, w tym porady dotyczące skutecznego przyciągania ludzi do klubu i utrzymywania ich tam przez możliwie długi czas. Retoryka fitnessowa otacza mnie zatem ze wszystkich stron, a otaczając przytłacza. Bo czy to opisy zajęć grupowych w klubie koło Biedronki u mnie na osiedlu, czy to światłe pouczenia siłownianego potentata, wszystko sprowadza się do jednego: do walki.

Po pierwsze, człowiek ma walczyć ze sobą, pokonywać swoje ograniczenia, biec dalej po bieżni, choć pot zalewa mu oczy, a serce łomocze w piersi, zrobić kolejne ileś tam brzuszków, choć najchętniej położyłby się już na macie i tak sobie leżał, podnosić taki czy inny rodzaj ciężaru, choć czuje, że zaraz kręgosłup pęknie mu na pół… A to wszystko po to, by samemu sobie udowodnić, że może być jeszcze lepszy, czy też, że w ogóle da radę. Nie kupuję tego.

Wiem, że inni ludzie odczuwają satysfakcję, gdy kosztem znacznego wysiłku i wyrzeczeń osiągną wyznaczony cel — wlezą na szczyt takiej czy innej góry, przebiegną maraton, coś o podobnie nikłym znaczeniu dla świata — czytałam o tym w internecie, widziałam w telewizji. A im bardziej się przy tym umęczą, im więcej razy pomyślą sobie, że już nie wytrzymają, ale mimo to nie przestaną, tym więcej endorfin napompują sobie do mózgu. Podobno. Nie wiem na pewno, mnie samej nigdy się to nie zdarzyło. Owszem, było mi przyjemnie, gdy po dziesięciu nieprzespanych nocach postawiłam ostatnią kropkę w pracy magisterskiej, ale nie chciałabym tego powtórzyć, by znów posmakować tego uczucia. Jeśli chodzi o wyzwania, rozwiązanie krzyżówki hetmańskiej jest dla mnie zupełnie wystarczające.

Ale gdybym miała sobie narzucić, że nie oderwę się od niej ani na moment, zanim jej nie skończę, cała przyjemność poszłaby w diabły. Nie lubię się do niczego zmuszać. Jeśli coś ma mnie cieszyć, powinnam móc to przerwać w dowolnym momencie bez poczucia winy czy porażki. Szarpanie się ze sobą, żeby tylko coś sobie udowodnić, nie jest dla mnie. Nie chcę sobie niczego udowadniać. Nie interesuje mnie, gdzie są granice moich możliwości i jak je przekroczyć. Niech się same przesuwają po odrobince w miarę jak nabieram umiejętności, ale jeśli nie jest to absolutnie konieczne, nie zamierzam się do nich zbliżać.

I tak, zdarzało mi się uznać, że czemuś nie podołam i zwyczajnie sobie odpuścić, zrezygnować. To miłe uczucie. Właściwie nie ma w nim żalu za tym, co właśnie się traci. Jest lekkość i ulga.

Po drugie, oprócz walki wewnętrznej jest też tak zwana sportowa rywalizacja, od której zęby zgrzytają mi w nie mniejszym stopniu. Bo nie dość, że w założeniach ma człowiek walczyć ze sobą o kolejne życiowe rekordy, to musi jeszcze przejmować się tym, czy aby nie wypadł gorzej niż ta blondyna z bieżni obok. A mnie guzik obchodzi, czy jestem lepsza czy gorsza od blondyny. Jeśli mam się podejmować jakichś działań okołosportowych, to po to, żeby nie zamienić się w lemura kulistego i jeszcze mieć z tego jakąś frajdę, a nie po to, by nieustannie sprawdzać, czy aby komuś nie ubywa kulistości szybciej i bardziej proporcjonalnie.

Dlatego wkurza mnie, że w założeniu cała motywacja ma być oparta o ciągłe porównywanie się: czy to ze sobą sprzed kilku treningów, czy to z innymi ludźmi. Nie wiem, być może do innych to przemawia, ale nie do mnie. Bo czy nie możemy robić tych wszystkich rzeczy nie w celu samodoskonalenia, ale po to, by było nam przyjemnie?

Reklamy

2 uwagi do wpisu “„It’s called the comfort zone for a reason.”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s