Artykuły papiernicze

IMG_3210

Jedno, co mnie niezmiennie od pierwszej klasy podstawówki do ostatniego roku studiów radowało w nadejściu kolejnego roku szkolnego, to kupowanie nowych zeszytów. Uwielbiałam je wybierać. Nie, żebym je potem szczególnie starannie prowadziła.

W podstawówce podkreślanie tematów odpuszczałam sobie zazwyczaj już w drugiej połowie września, zresztą mniej-więcej wtedy i tak gubiłam kolorowy długopis. Wielokrotnie nauczycielki zostawiały pod sprawdzonym zadaniem uwagi o treści Pisz staranniej!, a w nauczaniu początkowym dodatkowo jeszcze Brak szlaczka!. Zawsze na czerwono, zawsze z wykrzyknikiem. Ale szkoła podstawowa chyba po prostu jest etapem, na którym za błędne czy niewłaściwe uchodzą rzeczy, na które w całym naszym późniejszym życiu pies z kulawą nogą nie zwróci uwagi.

Na przykład kwestia dużego Ą. Mojemu koledze pani obniżyła ocenę, bo uwzględnił je pisząc alfabet. Argumentowała, że przecież w języku polskim żadne słowo się na tę literę nie zaczyna, zatem duże Ą nie istnieje. A nawet jeśli istnieje, to w pierwszej klasie fakt ten ignorujemy, podobnie jak liczby ujemne i przemienność mnożenia.

O tym ostatnim przekonałam się na własnej skórze. Nie wiem, czy była to klasa pierwsza czy druga, w każdym razie zadanie nasze polegało na tym, by mnożenie zapisać za pomocą dodawania. Za błędny uznany został bodajże zapis 9 x 1 = 9 (a może to było 8 x 2 = 8 + 8… nie pamiętam dokładnie). Chodziło o to, że skoro mówi się „dziewięć razy jeden”, należy przez to rozumieć 1 + 1 + 1 + 1 + 1 + 1 + 1 + 1 + 1. A mnie się tych wszystkich jedynek nie chciało po prostu pisać… Pomyśleć, że własne lenistwo sprawiło, że odkryłam przemienność mnożenia zanim została ona przerobiona na lekcji i nikt tego faktu nie docenił! Może gdyby stało się inaczej, nie tkwiłabym później przez lata w przekonaniu, że matematyka nie jest dla mnie.

Ale dość tych dygresji o moim zmarnowanym geniuszu. Rzecz w tym, że zeszyty, notatniki i inne takie lubiłam zawsze i pisałam w nich dużo, choć niezbyt starannie. Do tej pory w sklepie papierniczym mogę spędzić chyba dowolną ilość czasu buszując wśród asortymentu, choćbym nawet ostatecznie miała wyjść z niego z gumką do mazania albo z długopisem za powalającą kwotę złoty osiemdziesiąt. Jeszcze na czwartym roku studiów notowałam wyłącznie ręcznie (zazwyczaj piórem, choć w podstawówce z utęsknieniem wyczekiwałam, aż pozwolą mi pisać długopisem. Wydawało mi się to takie dorosłe!), ozdabiając przy okazji marginesy, albo i całe strony, zawijasami, rysuneczkami, i czym mi tam jeszcze przyszło do głowy. Kiedyś w zeszycie do historii języka narysowałam sobie pokaźnych rozmiarów żyrafę. Potem, jak wykładowca zaczynał przynudzać albo zbaczał na temat marnej kondycji moralnej i intelektualnej współczesnych studentów, otwierałam zeszyt na stronie z żyrafą i cyzelowałam cętki. A może łaty, nie znam specjalistycznego określenia na wzór umaszczenia akurat tego ssaka.

Na piątym roku na moim wyposażeniu pojawił się netbook, w związku z czym ręcznie pisałam już znacznie mniej. Chyba wtedy doceniłam tę czynność, choć jednocześnie zauważyłam, że stworzenie dłuższego tekstu zaczyna stanowić problem. Denerwowały mnie chyba skreślenia, stała widoczność poprzednich wersji zdań i brak dostatecznej ilości miejsca na poprawki. Na komputerze naciskam sobie back space i tekst nadal wygląda estetycznie. Mogę to robić ile razy chcę, cyzelować każde zdanie do oporu. Może zresztą skłonność do przerabiania w nieskończoność bierze się właśnie z tej właściwości pisania na komputerze, może kiedyś szybciej uznawałam, że już jest okej.

Z drugiej strony, umiejętności robienia luźnych notatek w Wordzie nie posiadłam do tej pory. Brakuje mi tej swobody, możliwości dowolnego rozplanowania przestrzennego tekstu bez tabulatorów, autokształtów, grzebania w formatowaniu. Tu jakaś strzałka, tam dopisek, ówdzie rameczka. W notatkach pewna doza chaosu jest mi najwyraźniej niezbędna. Do takich wniosków doszłam podczas wyjazdu na święta. Owszem, miałam ze sobą laptop, miałam smartfona, ale nie miałam żadnego z moich licznych kajecików. I bardzo mi go brakowało.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Artykuły papiernicze

  1. KobietoLemurze, ja też uwielbiałam (i uwielbiam) zeszyty. Im bardziej frymuśne (subtelnie tłoczenie na okładkach, elegancko zaokrąglone rogi) tym lepiej. Boleję nad tym, że po latach pisania zasadniczo wyłącznie na komputerze mój ongiś bardzo dekoracyjny charakter pisma dewoluował w lekarskie gryzmoły. Fakt faktem, do tworzenia prozy procesor tekstów nadaje się zdecydowanie lepiej. Fragment, który w danym momencie okazał się zbędny można wstawić do schowka i wkleić gdziekolwiek indziej. Pomyśl, że kiedyś teksty wszelakie pisało się na maszynie (łomocze toto jak fabryka tramwajów), mozolnie wyiksowując błędy. Dawni autorzy mieli chyba zupełnie inny mechanizm skupienia niż my. Pozdrawiam!

    Lubię to

    • Również cenię sobie frymuśność, zwłaszcza przy kalendarzykach. Od trzech lat używam Paperblanksów (na zdjęciu w lewym dolnym rogu), które moją potrzebę frymuśności zaspokajają w pełni. Jeśli chodzi o zwykłe zeszyty, problem polega na tym, że tych najfrymuśniejszych (jak ten zielony koło kalendarzyków) mi szkoda i nic w nich nie piszę.

      Nigdy nie starałam się przesadnie kaligrafować, stąd owoż „Pisz staranniej!”, ale wiem, że potrafię, choć trwa to strasznie długo i nim napiszę jedno zdanie, zdążę wymyślić trzy następne.

      A w dzieciństwie zdarzało mi się łupać dla zabawy na maszynie — były w użyciu u mojej mamy w pracy jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych.

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s