Tomasz Lektorny — „Kallima Inachus”

Na Plantach zaczepił mnie jakiś facet i zapytał, czy chcę kupić jego książkę. Trochę mnie zaskoczył, co musiało odmalować się na mojej twarzy w jakiś niezbyt przyjemny sposób, bo facet wysnuł z tego (błędny zresztą) wniosek, że niedawno skrzywdził mnie jakiś mężczyzna, w związku z czym obawa przed samcami jest we mnie „jak świeży grzyb, który wyrósł gdzieś w lesie”. Poinformował mnie też, że choćby ujrzał we mnie kobietę swego życia, nie zaproponowałby mi pójścia na piwo ani obrzucania się liśćmi, zanim nie zapoznałabym się z jego twórczością. W wieku szesnastu lat byłabym nim zapewne zachwycona, ale to było dawno. Wiedziona ciekawością, wyasygnowałam dziesięć złotych i weszłam w posiadanie pliku spiętych pośrodku zszywkami kartek.

Dzieło zrobiło na mnie duże wrażenie. Trzeba bezgranicznej wiary we własny literacki geniusz i organicznego wstrętu do minimalnego choćby researchu, by stworzyć coś takiego. Ach, czego tu nie ma!

Główny bohater, Kamil, to postać zaiste nietuzinkowa, o czym czytelnik może przekonać się już na stronie pierwszej, gdy poznaje pewien niezwykle istotny fakt: Kamil miast myć zęby, rano i wieczorem zjada jabłko, marchewkę lub ogórek, a czyniąc to, myśli o kopcach kretów, które kojarzą mu się z fryzurami afro. Jest ponadto prywatnym detektywem, którą to pracę zdobył uratowawszy córkę ukraińskiego milionera. Ten „(…) w ramach wdzięczności wymógł na posterunku policji, znajdującym się najbliżej mieszkania Kamila, by przydzielono mu własny gabinet, umożliwiający prowadzenie detektywistycznej praktyki. Dobromyślnie postanowił płacić mu pensję tak długo, jak tylko będzie chciał tu pracować. Dodatkowo zobowiązał się finansować wszelkie wydatki komisariatu nie odbiegające znacząco od standardu, poza pensjami funkcjonariuszy. Komendant w zamian miał być przyjacielski dla Kamila. W skrócie mówiąc, nie być sobą.” (pisownia oryginalna). Owoż przyjacielskie traktowanie polega na odpowiadaniu na pytania w stylu „Co przypomina ci język żyrafy?” i usłużne podtykanie bohaterowi pod nos wszelkich akt, jakich ten mógłby sobie zażyczyć, by następnie zostać zruganym za ich niekompletność.

Samo śledztwo jest równie bliskie realiom naszego codziennego życia, a dotyczy trzech, co zdaniem naszego bohatera niezwykłe i niespotykane, woniejących moczem trupów. To właśnie ten jakże niecodzienny zapach każe mu zainteresować się sprawą i to on naprowadza go na trop sprawcy. Ma nim być Michał, niemy i sparaliżowany nastolatek, który zwabił swe ofiary do lasu, by zastrzelić je z łuku, obsikać, tak jak sam został przez nie kiedyś obsikany, przewieźć do miasta i przez nikogo niezauważony wywiesić na drzewie na środku placu. Dzielny detektyw zakłada bowiem, że chłopak, choć od urodzenia nie porusza się i nie mówi, w międzyczasie — napędzany chyba żądzą zemsty — ozdrowiał, czego jednak nie daje po sobie poznać. Przekonanie to jest tak silne, że wszelkie inne wątki śledztwa zostają porzucone — Kamil koncentruje się na tym, by skłonić chłopaka do porzucenia swej maski. W tym celu zakrada się doń przez okno i pokazuje mu a to zdjęcia, a to zwierzęta. Sprowadza nawet ze Stanów Zjednoczonych jego matkę, która porzuciła go była przed laty, a wyprawa ta wymaga mniej-więcej tyle zachodu, co podróż busem do Niepołomic. Wszystko na nic. Dopiero gdy wchodząc przez okno z zapalonym lampionem w ręce detektyw zostaje trafiony w głowę kamieniem, w wyniku czego traci przytomność i wywołuje pożar, chłopak bohatersko zrywa się z fotela, by uratować mu życie. Następnie wraca na swoje miejsce i ginie w płomieniach.

Po tym incydencie bohater przez trzy dni pozostaje w śpiączce, po czym budzi się w szpitalu, natychmiast zagina lekarza ciętą ripostą i łaskawie zgadza się pozostać na oddziale, choć czuje się wyśmienicie. Podrywa pielęgniarkę, która na srebrnej tacy przynosi mu posiłek, odbywa rozmowę z macochą Michała, łaskawie nie protestuje, gdy komendant prosi go przez posły, by złożył wyjaśnienia na komisariacie. Nikogo szczególnie nie interesuje dalsze śledztwo ani okoliczności podpalenia.

Dalej jest już nudno. Bohater wspomina swą zmarłą dziewczynę, rozmyśla, a w końcu dostaje list, z którego wynika, że jego jedyny podejrzany jednak przeżył i uciekł.

Lecz nie tylko treść zaskakuje oryginalnością. Autor jest w budowaniu zdań równie biegły jak w tworzeniu intrygi. „Prawdopodobnym też wydawała się być zupełnie obca osoba, wracając w swoim czynie do zasłyszanego chwalipięctwa.” — możemy na przykład przeczytać. „Bawełniany sweter uszyto z wełny w podobnym kolorze, co obicie wystruganego krzesło, na którym siedział” — pada parę stron dalej.

Szczególnie jednak udały się Lektornemu opisy postaci. O głównym bohaterze pisze następująco: „W lustrze stało popiersie człowieka, który miał dobre kilka lat po trzydziestce, solidnie zarośniętego, z krótkimi włosami”. Główny podejrzany zaś ma „nienagannie czystą cerę, pas brody między uszami z towarzyszącymi mu znacznie mniejszymi wąsami oraz dość krótkie włosy, jednocześnie wydające się być ułożonymi i porozrzucanymi”. Pielęgniarka niosąca jedzenie na srebrnej tacy „usta przeciągnęła ku policzkowi, spojrzenie uciekło wysoko w górę w przeciwnym kierunku”.

Słowem, jest to książka idealna dla koneserów kiepskiej literatury. Sama bawiłam się przy niej wyśmienicie, nurzając się w wygibasach stylistycznych i nielogicznościach fabuły. Nabrałam przy tym pewności, że gdybym była szesnastolatką, zrezygnowałabym jednak z rzucania się liśćmi z Tomaszem Lektornym. Jego proza skutecznie by mnie do tego zniechęciła.

Reklamy

8 uwag do wpisu “Tomasz Lektorny — „Kallima Inachus”

  1. […] Zła literatura — i chodzi mi tu o czytanie zarówno złych książek dla tak zwanej beki (którego to wyrażenia nienawidzę), jak i ich recenzji i analiz. W zasadzie nie byłam pewna, czy to się liczy jako, ekhm, grzeszna przyjemność. Ale ostatecznie w tym czasie mogłabym czytać wielką literaturę, a zatem spędzać czas produktywnie, albo robić cokolwiek innego, co nie uwzględnia podśmiechujek z osób, które niespecjalnie potrafią pisać. Z drugiej jednak strony, nie wyciągam tym osobom pamiętniczków z szuflad biurek, lecz raczę się ich dostępnymi publicznie dziełami, za co w dodatku płacę z własnej kieszeni (taka na przykład kosztowała mnie dziesięć złotych polskich). […]

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s