Lemur w krainie majonezu

Jadę do Kielc opowiadać świętokrzyskim nauczycielom o nauce w klasie dwujęzycznej z perspektywy absolwentki. Tą absolwentką zostałam już dosyć dawno, ale to i owo jeszcze pamiętam, a poza tym spotkanie organizuje moja ciocia. W autokarze wyciągam kajecik, żeby uporządkować wywód, ale okazuje się, że nie mam długopisu, usiłuję zatem zrobić to w głowie. Za mną jakaś kobieta zaczyna kogoś wypytywać „Wafelka zjesz? Nie? To może bananka? Albo budyń, łyżeczkę mam”. Jeszcze nawet nie ruszyliśmy, więc w myślę sobie „Co za upierdliwa osoba, do końca trasy będzie to dziecko futrować?”. Spoglądam kątem oka w jej stronę i widzę, że ona nie mówi do żadnego dziecka, tylko do staruszki. To jakoś zmienia mi optykę, głupio mi, że nazwałam ją upierdliwą, choć przecież nie powiedziałam tego na głos. Potem, gdy słyszę, jak mówi „Widzisz, ty mnie zawsze odprowadzałaś na pekaes, a teraz ja cię wiozę”, nawet trochę się wzruszam.

kopalnia majonezu
kopalnia majonezu

Szybko zasypiam, jak zawsze w środkach lokomocji, a gdy się budzę, na horyzoncie widać już kopalnię majonezu. Jestem pewna, że to ona, wszak cóż innego może znajdować się pod Kielcami?

Wkrótce faktycznie dojeżdżamy. Wysiadam. Jest ciepło i bezwietrznie, może dlatego, że to nie dworzec, tylko zwykły przystanek. Potem ciocia wiezie mnie na miejsce spotkania z lokalnym ciałem pedagogicznym. Znajduje się ono na jakimś osiedlu, zwyczajnym blokowisku, u wjazdu na które widzę nasprejowany na ścianie bloku napis „Króluj nam Chryste”. Żałuję, że nie zdążyłam zrobić zdjęcia.

Lokalne ciało pedagogiczne składa się z pań z apaszkami na szyjach i fryzurami typu bob na głowach, a także z jednego pana. Najpierw przeprowadzona zostaje lekcja historii sztuki w języku niemieckim, którego nie zna nikt oprócz prowadzącej, co jednak nie stanowi przeszkody. Wszyscy radośnie dopasowują wyrażenia typu „sklepienie krzyżowo-żebrowe” i „gargulec” do ich niemieckich odpowiedników, w dodatku z całkiem niezłym wynikiem. Następnie ja opowiadam o swoim liceum. Co trzecie słowo mówię „natomiast”, ale nie jąkam się i jestem stosunkowo spokojna, co jak na mnie, osobę reagującą na wystąpienia publiczne silnym stresem, stanowi wyjątkowo dobry wynik.

Wypełniwszy ten obowiązek, wracam do domu. W autokarze jest mnóstwo Hiszpanów, którzy w kółko latają do toalety. Ja nie latam, tylko znów zasypiam i budzę się już na terenie Krakowa. Początkowo chcę po prostu wsiąść do taksówki, ale przypominam sobie, że miałam kupić szampon, więc zamiast tego ruszam do galerii, a stamtąd na przystanek. Mój tramwaj przyjeżdża po minucie, jak na zamówienie. W środku jakiś pijany facet oznajmia na cały wagon, że był muzykiem, był w jueseju, ale wrócił, bo kocha Polskę. Staram się usiąść jak najdalej od niego, nie chcę, żeby mnie zaczepiał. Potem słyszę jeszcze, jak mówi do jakichś ludzi, że są normalną pozytywną parą, co stanowi ewenement na skalę krajową. Mam nadzieję, że nie wysiądzie na moim przystanku. Nie wysiada. Wracam spokojnie do domu. To był dobry dzień.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s