Rzeczy, których nie mówię

Wracam z Lidla, w koszyku mam między innymi cztery szklane butelki i pudełeczko malin. Jadę wyżwirowaną ścieżką rowerową, bo remont i nie położyli jeszcze właściwej nawierzchni. Butelki dzwonią o siebie, maliny zamieniają się w krwawą (kolorystycznie) miazgę, ale nie zbaczam na chodnik, gdzie będę się pchać między pieszych. Na zakręcie na środku ścieżki stoją dwie blondyny i pytlują w najlepsze, ani myślą się przesunąć. Hamuję gwałtownie tuż przed nimi, żwir pryska mi spod kół. „Z drogi śledzie, won mi z drogi dla rowerów, jeszcze wam kółka nie wyrosły!” — krzyczę.

Siedzę przed komputerem, pracuję, usiłuję skoncentrować się na jednej czynności. Przychodzi mail. „Queries from translator, bla bla bla, ASAP”. ASAP to ASAP, porzucam wyżej wymienioną czynność, otwieram arkusz kalkulacyjny z pytaniami, Excel się wiesza, wszystko się wiesza, rzucam brzydkim wyrazem związanym z czynnościami seksualnymi, zamykam oczy, liczę do dziesięciu, wreszcie jest. Czytam i zgrzytam zębami. „Czy wy tam w tym swoim odległym kraju google’a nie macie,” — wystukuję w końcu wściekle na klawiaturze, w języku lengłydż rzecz jasna — „a materiałami referencyjnymi wyklejacie ściany wychodka?! Nie po to wam wysyłamy te PDF-y śliczne i kolorowe z wieloma pomocnymi rycinami, nie po to glosariusz i cholera wie, co jeszcze, żebym wam musiała na złotej tacy podawać informacje, które se możecie sami poznajdować.”

Stoję w kolejce w kiosku. Wchodzi facet. Odwracam się do ściany z czasopismami szaradziarskimi, szukam konkretnego tytułu. Kioskarka kończy obsługiwać kobietę przede mną. Facet już jest przy ladzie, prosi o zdrapkę za dwa złote. „Tak pana przycisnął pociąg do hazardu, że nie może pan poczekać minutę?” — syczę.

Na fitnessie prowadzący mówi, że dziś będziemy używać wałków, które leżą na kupie w kącie sali. Wstaję z maty, podchodzę wraz z resztą grupy do rzeczonego kąta. Czekam, aż ludzie przede mną spokojnie się obsłużą. Już wyciągam rękę po wałek, gdy jakaś dziewczyna zgarnia mi go sprzed nosa. „Patrzcie państwo, jaka wyrywna!” — mówię głośno.

Żadna z tych sytuacji nie zakończyła się w opisany sposób. Zazwyczaj nie mówiłam nic. Tłumaczowi napisałam to samo, ale znacznie bardziej kulturalnie i nie odwołując się do wystroju jego wychodka. I nie jest to kwestia nieśmiałości ani esprit d’escalier. Chociaż te wszystkie odzywki z łatwością przychodzą mi do głowy, wcale nie chcę ich wygłaszać. Po co? Żeby adresatom w pięty poszło? To tak nie działa i prowadzi najwyżej do niepotrzebnej pyskówki, a w rezultacie zamiast jednej sfrustrowanej osoby, mamy ich nagle kilka. Dlatego wolę odpuścić i zapomnieć, być miłą i nie eskalować bez potrzeby, albo w ostateczności ponarzekać post factum.

Bo im więcej się o tym myśli, im więcej uwagi się temu poświęca, tym gorszy ma człowiek nastrój i tym więcej wynajduje powodów, żeby go sobie jeszcze trochę pogorszyć. Dziękuję bardzo za taką perspektywę. Z natury jestem marudną malkontentką i jest to w zasadzie jedyna moja cecha, z którą świadomie staram się coś zrobić. I naprawdę wolę, żeby sobie jeden z drugim pomyślał, że jestem zahukana, mało asertywna, czy cokolwiek w tym guście, niż pogłębiać swoją frustrację bezsensownymi w gruncie rzeczy konfliktami*. Ostatnio mam jej dość i bez tego.

*Nie dotyczy sytuacji, kiedy ktoś nie ma racji w internecie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s