Dawne czasy

W dawnych czasach lemurzego dzieciństwa, które nazywały się „lata dziewięćdziesiąte” i w których wszystko było inaczej, czas płynął wolniej. Nie było tak jak teraz, że ledwo człowiek siądzie do pracy, coś zrobi, przy czymś podłubie, zerknie na Facebooka, weźmie udział w jakiejś mailowej dyskusji, w której ważą się losy może nie całego świata, ale na pewno jego ważnego elementu (na przykład: czy tło instrukcji dla tłumaczy może być czerwone*), a tu już pół dnia minęło. A jeszcze tyle roboty…

Wtedy zupełnie inaczej to wyglądało. W przedszkolu najpierw czekało się na wychowawczynię w sali maluchów, pod czujnym okiem pani Tłusty. Była to kobieta wielka jak Kopiec Kościuszki, groźna jak Smok Wawelski, przerażająca jak wizyta u dentysty. Zazwyczaj siedziała za biurkiem, piła krew niegrzecznych dzieci ze szklanki z duraleksu i obserwowała grupę. Czasem wstawała i dawała komuś klapsa. Nigdy nie wymawialiśmy jej imienia. Wśród licznych pań Kaś, Danuś i Baś ona jedna pozostawała panią Tłusty.

Mijała wieczność i wreszcie przychodziła nasza pani, żeby zaprowadzić nas do sali, gdzie wkrótce podawano śniadanie. Na metalowym wózku przywoziła je pani Misia. Czasem był to wielki gar zupy mlecznej, śmierdzącej, z kożuchem, a niekiedy także z kluskami. Nie jadłam jej. Siedziałam i czekałam, a każda minuta trwała przynajmniej kwadrans. Do tej zupy dawali kromki z margaryną i miodem. Mój brat podobno przyklejał je pod stolikiem. Doskonale się trzymały, czasem nie odpadały cały dzień.

W końcu pozwalano nam wstać i iść się bawić. Robiliśmy różne rzeczy, na przykład lataliśmy i wrzeszczeliśmy, rysowaliśmy przy stoliku połamanymi kredkami, usiłowaliśmy wycinać tępymi, prawie w całości wykonanymi z plastiku nożyczkami, budowaliśmy z klocków. Ja lubiłam jeszcze jeździć na pantoflach. Brało się dwa kawałki włóczki, zdejmowało się pantofle, odwracało się je podeszwą do góry, przywiązywało do stóp, i już można było ślizgać się po PCV w miejscach, gdzie nie sięgał dywan. Niszczyły się od tego, ale nikt się tym nie przejmował, bo jeżeli coś wtedy działo się szybciej niż teraz, było to zużywanie się butów. Stopniowo zaczynały się przecierać na dużym palcu, a gdy już prawie przetarły się na wylot, szło się z mamą do obuwniczego i kupowało nowe.

Czasem szło się na pole. Najpierw trzeba było ubrać się w szatni, gdzie przedszkolanki bezlitośnie egzekwowały nakładanie na siebie tych wszystkich czapek, szalików, dodatkowych sweterków i cholera wie czego, chyba po to, żeby potem móc krzyczeć za nami „Nie biegaj, bo się spocisz, a potem cię przewieje”**. Z szatni szło się bocznym wyjściem na przedszkolny plac zabaw, po drodze mijając pana konserwatora, który niezmiennie siedział pod schodami i naprawiał sprzęty.

W niektóre dni była religia. Prowadziła ją pani Maryja, która miała gitarę i dawała nam obrazki do wklejenia do zeszytu i pokolorowania. Oprócz religii zdarzała się też rytmika. Po nich następował obiad. A po obiedzie najgorsza rzecz na świecie: leżakowanie. Leżało się chyba z miesiąc, czekając na mamę albo na podwieczorek. Albo w ogóle na coś.

W końcu szło się do domu. Była czternasta, a już miało się za sobą tyle wrażeń i doświadczeń, a także trzy posiłki. W dzisiejszych czasach trzeci posiłek mam za sobą dopiero koło dwudziestej pierwszej. To widomy znak, że wtedy dni były dłuższe.

W domu człowiek bawił się z bratem, a niekiedy także się z nim bił, kolorował obrazki na religię, szedł po coś do sklepu (w kieszeni mając kilkanaście tysięcy złotych), do koleżanki z klatki albo na pole. Niekiedy przełaziło się przez ogrodzenie przedszkolnego placu zabaw i bawiło tam, już bez pań przypominających o możliwości spocenia się.

Spędzało się tak mnóstwo czasu, aż do dobranocki. Tej nie można było przegapić. Potem jeszcze tylko wiadomości, z których nie rozumiało się wiele, ale twardo się je oglądało, mycie i spanie, poprzedzone czytaniem przez któregoś z rodziców „Dzieci z Bullerbyn”.

Jeden taki dzień trwał nie wiadomo ile, a co dopiero cały rok szkolny. Był tak długi, że wręcz nie do ogarnięcia umysłem. Zmieniały się pory roku, a wraz z nimi dekoracje sali, ale to wszystko zachodziło bardzo powoli, nie jak teraz, że dopiero co schowałam kozaki, a już muszę wyjmować sandały.

Wakacje były niewiele krótsze. Trwały i trwały prawie bez końca i było to wspaniałe. Zaczynały się moimi urodzinami, kończyły po wielu wiekach we wrześniu, zawierały dużo latania po polu, wyjazdów do babci, wczasów z rodzicami i pewnie jeszcze czegoś, bo coś przecież musiało się robić przez cały ten niezmierzony ocean czasu.

Wszystko było też większe i bardziej jaskrawe: brama od cmentarza, na której lubiliśmy jeździć podczas pobytów u babci, park koło szkoły, pawilon handlowy, plac zabaw, górka na sąsiednim osiedlu, świat. Teraz się skurczyło i poszarzało, zupełnie nie wiadomo kiedy.

To chyba jednak dobrze. Nie chciałabym nadal żyć w świecie tak wielkim, że trudno go objąć rozumem, w świecie, w którym Warszawa i Pekin znajdują się mniej więcej tak samo daleko, w którym miesiące są tak długie, że trudno w maju wyobrazić sobie sierpień, a co dopiero zaplanować nań urlop, w którym zupa mleczna to nie jest coś, co przytrafia się wyłącznie innym.

* Nie może.

** Od przewiania dostawało się zapalenia płuc i umierało.

Personalia niektórych osób zostały zmienione

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Dawne czasy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s