„Dysforia. Przypadki mieszczan polskich” — recenzja

Nie mogę pojąć, dlaczego spodziewałam się po książce Kołodziejczyka więcej niż po jego reportażach w Polityce. Powinnam była wiedzieć lepiej. Skusiły mnie jednak pozytywne recenzje. I żeby to jeszcze były recenzje z zaufanych źródeł… to nie, czyjś polubiony przez znajomą post na fejsie i coś tam jeszcze, nie pamiętam już nawet dokładnie. A sama w zeszłym miesiącu sarkałam na tych, co się wzięli za Witkowskiego, a teraz narzekają. Cóż, każdy się może przejechać.

Większość tekstów (bo trzeba przyznać, że nie wszystkie) zawartych w książce pisana jest dokładnie tak samo jak reportaże, z tymi samymi wygibasami językowymi brzmiącymi tak, jak pan redaktor wyobraża sobie, że mówi Polska B, gdy chce brzmieć elegancko. W ogóle cała „Dysforia. Przypadki mieszczan polskich” jest o tym, jak pan redaktor wyobraża sobie różne rzeczy. A nie ma zbyt bujnej wyobraźni.

Od początku do końca leci stereotypami: jak pracownik korporacji, to nieszczęśliwy, nadużywający alkoholu i niespełniony, posługujący się czymś, co Kołodziejczyk uważa za jego profesjolekt (tak się składa, że pidżynem korporacyjnym posługuję się w dni powszednie w godzinach 9–17 i zdanie „wyślij im na cito, żeby mieli a vista i mogli od razu ewaluować” mnie nie przekonuje), jak element, to Janusz albo Halina, rodzic Dżesiki, nadużywający jak wyżej, bo u Kołodziejczyka wszyscy nadużywają, jak matka wysyłająca dziecko na zajęcia dodatkowe, to nadmiernie skoncentrowana na tegoż dziecka rozwoju, lecz nie okazująca czułości i ciepła, niepracująca przedstawicielka klasy średniej. Do tego od czasu do czasu coś o słoikach, żeby dopełnić portret społeczeństwa polskiego. Nie ma w tym nic nowego, świeżego, brzmi to wszystko do kupy jak kompilacja problemów społecznych modnych wśród publicystów w zeszłym sezonie i fanpejdży „Beka z…”.

Język „Dysforii”, wiecznie na coś stylizowany, bo nawet jeśli Kołodziejczyk odbiega od swej zwyczajowej maniery, to tylko po to, by uciec w inną, równie w takim natężeniu irytującą, w połączeniu z banalnymi i niepochlebnymi dla obiektów tychże obserwacjami, sprawia wrażenie, jakby autor czuł się od wszystkich bohaterów „Dysforii” lepszy i szlachetniejszy. On sam w udzielonym przez siebie wywiadzie zaprzecza, twierdząc co następuje: „(…) wylądowałem przy okazji zarazem na mojej własnej planecie, jestem jednym ze swoich bohaterów. Stoję karnie gdzieś w rządku między nimi, przyglądamy się sobie, jak zwierzętom w zoo, tylko że ja przyglądam się z obu stron kraty”. Tego niestety zupełnie w książce nie widać. Wydaje się raczej, że narrator stoi na pozycji jednego z nielicznych ocalałych w tym przeżartym zepsuciem świecie normalsów, że z boku wypunktowuje objawy upadku cywilizacji (do których z jakichś powodów zalicza osoby transpłciowe, robiąc z nich sobie niewybredne podśmiechujki).

Może po prostu nie przemawia do mnie taka maniera pisania, może ta nieustanna stylizacja sprawia, że nie jestem w stanie wyłapać tego, co autor miał na myśli. Rozbuchana forma przesłania mi treść. Nie jest to wykluczone. Niemniej równie prawdopodobnym jest, że w tej książce zwyczajnie — wbrew zapewnieniom autora — nic więcej nie ma.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “„Dysforia. Przypadki mieszczan polskich” — recenzja

  1. […] Albo ze złośliwości, bowiem „Dysforię. Przypadki mieszczan polskich” Marcina Kołodziejczyka czytałam na bieżąco układając w głowie jadowite frazy, którymi mogłabym się potem posłużyć w recenzji. Większości nie wykorzystałam. Z rzeczoną recenzją można się zapoznać tutaj. […]

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s