Masz jakiś problem.

Troskliwe misie. Źródło: http://www.troskliwemisie.dla-dzieci.info.pl/

Ludzie czasami mylnie zakładają, że wiedzą, na czym polega mój problem. Jak również, że w ogóle mam jakiś problem. A utwierdziwszy się w tych założeniach, postanawiają mnie skłonić do jego rozwiązania. Powodem tego jest rzecz jasna troska. Czasem o moje dobro, czasem o dobro ludzkości, to już wszystko jedno, cel mają w każdym razie szlachetny.

Jako mój problem identyfikowali najczęściej wadę wymowy. Istotnie, nie wymawiam głoski r, wstawiając w jej miejsce coś w rodzaju zwarcia krtaniowego. Nie przeszkadza mi to, bo raz, że nie wpływa to znacząco na zrozumiałość moich wypowiedzi, dwa, że nie ciągnęło mnie nigdy do wystąpień publicznych, trzy, że przez tyle lat zdążyłam się przyzwyczaić. Moje otoczenie zresztą też zdążyło. I mogłabym trwać w przekonaniu, że to nic takiego i skoro wizyty u logopedy gdzieś na początku podstawówki nie dały żadnego efektu, to mogę się tym przestać przejmować pomimo okazjonalnych dobrych rad (nawisem mówiąc, logopedka była wysoce niesympatyczną osobą, która mówiła mi, że nawet dzieci głuche od urodzenia radzą sobie lepiej ode mnie, i pchała mi bez pozwolenia palce do ust. Kiedyś ugryzłam ją w rękę.), gdyby nie pierwszy rok studiów filologicznych.

Pewna pani doktor doszła do wniosku, że to skandal, że mnie na te studia przyjęto, i postanowiła uratować ludzkość przed konsekwencjami tego błędu. Na nic moje zapewnienia, że specjalizacji nauczycielskiej nie wybiorę nigdy w życiu, a w przyszłości zamierzam oddać się tłumaczeniom pisemnym lub pracy naukowej*, gdyż pani uparła się, że filolog musi idealnie wymawiać każdą głoskę. Mój problem, który był w istocie problemem tej pani ze mną, został omówiony na radzie instytutu, po czym kazano mi coś z tym zrobić pod groźbą niezaliczenia roku i wysłano do uniwersyteckiego działu ds. osób niepełnosprawnych. Tak, dobrze czytacie, niepełnosprawnych. Kwestię natury de facto estetycznej zrównano z problemami ludzi, którzy rzeczywiście z takiego czy innego względu potrzebują pomocy tego działu. Następnie wysłano mnie do kolejnej logopedki. Zyskałam na tym tyle, że zatroskana losem ludzkości pani doktor się odczepiła, a ja dowiedziałam się, że z natury mówię z przepony (to podobno dobrze) i nauczyłam się wymawiać bardzo nienaturalnie brzmiące, lecz jednak r. Z umiejętności tej nie korzystam, bo na ogół nie ma takiej potrzeby.

Z pewnych źródeł dowiedziałam się też, że rzeczona pani doktor nie dowierza, iż dopuszczono mnie do matury z języka obcego, a także, że najwyraźniej się nie przejmuję, o czym świadczy mój wyraz twarzy, gdy stoję pod uczelnią i palę papierosa. Owszem, przejmowałam się, zapewne bardziej, niż przejmowałabym się teraz. Prawdopodobnie gdybym była wówczas tą osobą, którą jestem dzisiaj, pieprznęłabym tym wszystkim i zmieniła uczelnię albo kierunek, nie tylko z tego powodu zresztą. Ale tak, to przynajmniej mam satysfakcję, że z ratowania świata przed filolożką z wadą wymowy nic nie wyszło.

Mój typowy wyraz twarzy. Źródło: https://www.flickr.com/photos/sexecutioner/3663139437

Skoro jesteśmy już przy wyrazie twarzy, nie mogę nie wspomnieć o towarzyszącym mi w zasadzie od zawsze „Uśmiechnij się!”. Różni ludzie bowiem dochodzą od niepamiętnych czasów do wniosku, że mój problem polega na tym, że mam taki poważny wyraz twarzy, a co za tym idzie:

  1. jestem smutna
  2. nie wyglądam wystarczająco ładnie

W obu przypadkach rozwiązanie jest jedno: uśmiechnąć się. Jak bowiem wiadomo, od samego uśmiechu smutek przechodzi jak ręką odjął, a każdej kobiecie zależy tylko na tym, by stanowić element dekoracyjny pomieszczenia, w którym się właśnie znajduje. Otóż nie. Nieważne, coście przeczytali w poppsychologicznych artykułach na Onecie, od samej zmiany wyrazu twarzy człowiek nie robi się szczęśliwszy. Zwłaszcza jeśli wcale nie był nieszczęśliwy, kiedyście to swoje „Uśmiechnij się!” z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wypowiadali. Wtedy może co najwyżej się zirytować. Ponadto, moja twarz nie jest dobrem publicznym i nie służy podnoszeniu walorów estetycznych otoczenia. Moja twarz służy mnie, a tak się składa, że mam raczej oszczędną mimikę, zaś jej podstawowy wyraz to tak zwany Resting Bitch Face, po uniesieniu brwi zmieniający się w, co zauważył mój drogi brat Janusz, lemurzą minę**. Dlatego, choć staram się zrozumieć dobre chęci i nie sugeruję każdemu, kto każe mi się uśmiechnąć, ażeby je sobie wsadził tam, gdzie słońce nie dochodzi, każde takie przyjazne zagadnienie wystawia moją cierpliwość na poważną próbę.

Podobnie jest z „Czemu nie tańczysz?” i „Czemu tak cicho siedzisz?”. Obydwa wynikają z przekonania, że zapewne nie bawię się dobrze, skoro nie znajduję się w centrum imprezy. Nie jest to prawdą. Nie lubię tańczyć, w każdym razie nie na trzeźwo, a i poznawanie nowych ludzi nie jest dla mnie szczytem marzeń. Nie, żebym miała coś przeciwko nowym ludziom, byle nie było ich zbyt wielu jednocześnie, ale najpierw muszę się z nimi trochę oswoić. Co oznacza, że siedzę, słucham i obserwuję, zanim włączę się do rozmowy. Taki mam rytm. Przyspieszanie tego procesu nie czyni go łatwiejszym, a wręcz wzmaga skrępowanie. Czasem zresztą nie chodzi nawet o to. Po prostu mam refleks szachisty i zanim zbiorę się, by wypowiedzieć swoją opinię, reszta towarzystwa zdąży już przerobić trzy inne tematy.

Czasami troskliwy miś uaktywnia się ludziom w sytuacji, gdy widzą objawy choroby. Jedno kichnięcie i już niczym Goździkowa proponują reklamowane w telewizji środki zaradcze albo — co gorsza — podejrzane kuracje polegające na inhalacjach z przypraw kuchennych, moczeniu stóp w roztworze tego czy owego, bańki chińskie lub spirytusowe, i inne takie szarlatańskie metody. A gdy zaprzeczę, jakobym szczególnie źle się czuła, wizytę u losowego specjalisty, bowiem ich szwagra brat też tylko kichał, a potem umarł. To mnie akurat nie irytuje, chyba że przybiera skrajne formy. Pewien osobnik był kiedyś tak namolny, że wzięłam w końcu oferowane przez niego dwie aspiryny, żeby poczuł się lepiej. pomogło. W każdym razie jemu.

Zastanawiam się, czy to nie jest po części kwestia tego, że niektórzy ludzie nie zaznają spokoju, dopóki wszystko wokół nie będzie przynajmniej z wierzchu wyglądało tak, jak powinno. Jestem w stanie to sobie zracjonalizować, co nie zmienia faktu, że mnie to denerwuje. Uważam jednak, że ludzie ci nie powinni brać się za rozwiązywanie czyjegoś problemu bez konsultacji z jego posiadaczem. A czasem nawet i tę konsultację odpuścić i zająć się naprawianiem świata gdzie indziej.

*Po moich przejściach z pracą magisterską słusznie wybrałam to pierwsze.

**Stąd nazwa bloga. Poza tym lemury są fajne.

Notka inspirowana tekstem Riennahery

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s