Muffiny Czekoladowe z Funkcją Redukcji Poczucia Winy

IMG_4543Czasami zdarzają takie dni, że niezależnie od faktycznej pory roku jest akurat listopad, wszystko jest źle, a opcja „iść spać i obudzić się w piątek EOB” nie wchodzi w rachubę. Czekolada nie sprawi, że taki dzień skończy się szybciej ani że nagle nastanie wiosna, ale przynajmniej przez chwilę poczujesz się trochę lepiej.

Chyba że, ponieważ jest to jeden z takich właśnie dni, natychmiast zaczniesz obwiniać się o nadmierne objadanie się słodyczami, zaniedbywanie świątyni swego ciała, tycie i słabą wolę. Nie można tego wykluczyć.

Da się jednak zmniejszyć prawdopodobieństwo zaistnienia takiej sytuacji. Wystarczy tylko mieć na podorędziu Muffiny Czekoladowe z Funkcją Redukcji Poczucia Winy.

W celu ich pozyskania zapominamy kupić mąkę tortową i olej. Kupujemy natomiast mleko, jajka (w zasadzie to jedno jajko, ale nie wszędzie są na sztuki), trzy tabliczki czekolady gorzkiej 60% (lub więcej. Im bardziej wysokoprocentowa czekolada, tym bardziej zredukujemy poczucie winy) i duży słoik konfitury wiśniowej. Może być bio, jeśli mamy się od tego lepiej poczuć. Moja nie była. Wróciwszy do domu, otwieramy szafkę na produkty sypkie i odkrywamy w jej wnętrzu mąkę pełnoziarnistą typ 1850. Samo zdrowie. Ponieważ mąka tortowa to typ 450, możemy przyjąć, że właśnie zredukowaliśmy poczucie winy o 1400. Następnie zastanawiamy się, co z olejem. Doznajemy olśnienia i z łazienki przynosimy słoik oleju kokosowego stosowanego przez nas zazwyczaj na włosy, ponieważ lubimy czuć się kobietą zadbaną i ciapać się po głowie różnymi mazidłami. Upewniamy się, że jest to zwykły olej bez żadnych dodatków na jedwabistość czy inne takie, a przy okazji czytamy w internecie doniesienia o jego zbawiennym wpływie na organizm. Brzmią trochę altmedowo i sekciarsko, staramy się jednak nie dopuszczać tego do świadomości.

Dwie tabliczki czekolady łamiemy na kostki, wrzucamy do rondelka, zalewamy niewielką ilością wody (filiżanka do espresso będzie w sam raz) i stawiamy na małym ogniu. Trzecią tabliczkę, wciąż jeszcze w papierku, kładziemy na desce do krojenia i rozbijamy tłuczkiem do mięsa na kawałeczki. Mieszamy w rondelku. Wyciągamy dwie miski, zastanawiając się przy okazji, czemu przepis na muffiny wymaga od nas brudzenia tylu naczyń i o co chodzi z tym niedokładnym mieszaniem. Postanawiamy pomyśleć o tym jutro. Do jednej miski wsypujemy dwie duże szklanki mąki, łyżeczkę proszku do pieczenia, pokruszoną wcześniej tłuczkiem do mięsa czekoladę i nieco cukru (albo jakiś bio i eko zamiennik, jeśli mamy. Albo wcale nie wsypujemy). Mieszamy pobieżnie. Patrzymy na czekoladę. Mieszamy ją również. Jeśli zdążyła się rozpuścić, zestawiamy z ognia. Do drugiej miski wlewamy szklankę mleka, konfiturę, pół szklanki oleju kokosowego (jeśli go wcześniej nie ogrzejemy, będzie miał konsystencję margaryny, ale to nie szkodzi) i wbijamy jajko. Mieszamy widelcem. Szukamy foremek na muffiny. Polecam silikonowe z Teska. Biją na głowę te z Duki i mają bardziej radosne kolory. Nastawiamy piekarnik na termoobieg, 180°C. Palcem sprawdzamy, czy czekolada w rondelku nie jest już gorąca. Ciepła może być. Palec oblizujemy. Łączymy rzeczoną czekoladę z resztą składników płynnych. Następnie zawartość miski mniejszej wlewamy lub wsypujemy do miski większej. Po raz kolejny mieszamy nieszczególnie się do tego przykładając. Masą wypełniamy foremki. Do pełna, bo w tej wersji muffiny słabo rosną. Wkładamy do piekarnika na około 25 minut. Po upływie tego czasu wyjmujemy, parząc sobie palce. Możemy czuć się teraz przygotowani na nadejście jednego z tych dni.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s