Całkiem wesołe święto

zniczeGrobing rozpoczynamy w sobotę. Październik jest ciepły, więc na co dzień chodzę w bluzie i trochę się martwię, że głupio będę w niej wyglądać na cmentarzu. Na szczęście ochładza się, więc zgodnie z tradycją po raz pierwszy tej jesieni ubieram ten ładny czarny płaszcz, na który wydałam w zeszłym roku dużo pieniędzy. Do tego czarne zamszowe kozaki na wysokim koturnie. Na cmentarzu w Stalowej Woli wybrukowane są tylko główne alejki, dlatego szacunek zmarłym okazuje się drepcząc w porządnym eleganckim obuwiu po trawie i piachu. Moja mama idzie w tym jeszcze dalej, wybierając na tę okazję czółenka na cieniutkiej szpilce.

Najpierw jedziemy do babci. Kawa, herbata, obiad, placki, cmentarz. Z bratem komentujemy najnowsze trendy w zniczach, złoty plastik, brokat, wymyślne formy. Ojciec mówi nam, że kupi nam po najbardziej odjechanym zniczu, jaki znajdziemy. Mama zgadza się, ale pod warunkiem, że postawimy je na grobie nieznanego żołnierza. Tam każdy pali co chce, a u rodziny ma być ze smakiem, umiarem i dopasowane do kolorystyki wiązanek. Przystajemy na to rozwiązanie. Mój znicz jest pękaty, opalizujący, z plastikowa różą i napisem „Bóg tak chciał”, znicz brata ma wymalowaną grubą czerwoną wstęgę z kryształkami biegnącymi przez środek.

Cmentarna wiewiórka
Cmentarna wiewiórka

Idziemy zatem najpierw na ciocię Zosię*, potem na żołnierza, dalej na dziadka, pradziadków, a na końcu na dziadków wujka. Jego rodzice też kazali tam już wyryć swoje personalia, chociaż jeszcze żyją. Wygląda to cokolwiek niepokojąco. Potem wracamy do babci. Herbata, kawa, placki, kolacja, więcej placków, brandy. Następnego dnia śniadanie, placki i znowu cmentarz. Jest ciepło. Po drzewach biegają cmentarne wiewiórki. W dziennym świetle lepiej widać, jak przystrojone są groby, więc poprawiamy niedociągnięcia, wymieniamy wkłady, komentujemy trwałość zniczy czterodniowych. Rozmawiamy o tym, dlaczego ważna jest w tym wszystkim symetria.

Potem jedziemy do Tarnowa. Nie strawiliśmy jeszcze nawet połowy placków, więc tym razem zaczynamy od cmentarza. Pod bramą sprzedawca zachwala znicze dające dyskotekowy efekt, ale bierzemy zwykłe czerwone. Najpierw idziemy na Wieśka. Wiesiek to brat mojej babci, ale nigdy nie mówimy o nim inaczej. Nie znaliśmy go. Kiedy umarł, był dwudziestoletnim chłopakiem i podobno nosił się jak bikiniarz, dlatego już zawsze będzie Wieśkiem. Potem grobowiec rodzinny i grobowiec ciotek. Stoją obok siebie, więc nawet nie ma dużo chodzenia. Trochę szkoda, bo zaraz czekają nas placki i kawa u cioci i łazanki u babci. Łazanek zjadam dwie porcje. Wracamy do Krakowa.

Znowu wyszło nam całkiem wesołe święto.

*Nie tę od czapki. Mam dużo cioć Zoś.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s