Zapiski ze sprzątanego mieszkania

Na poniedziałek i wtorek biorę wolne i poświęcam je na jazdę na szmacie. Idzie mi powoli, bo ciągle robię sobie przerwy na papierosa i Facebooka. Na komórce, bo wiem, czym skończyłoby się włączenie komputera. Zalogowaniem się tylko na chwilę i sprawdzeniem służbowej poczty. Co z kolei doprowadziłoby do odpowiedzenia na kilkanaście maili, wykonania drobnego riserczyku, szybkiego rzucenia okiem na to, tamto i owamto, co w efekcie oznaczałoby pół dnia z głowy. Więc trzymam się dzielnie i nie włączam.

W trakcie porządkowania zawartości szafki z przyprawami rozważam, czy by nie być jak te minimalistki i przy okazji wywalić mnóstwo niepotrzebnych klamotów. Szykuję sobie nawet odpowiednio pojemny worek. Ostatecznie jednak ograniczam się do wyrzucenia pęku plastikowych widelców kupionych z okazji jakiegoś zamierzchłego grylika, wykałaczek wyściełających dno szuflady, starych gazet (w tym hiszpańskiego „Cosmopolitan” z 2011 roku), zaschniętego tuszu do rzęs i butli po odżywce do włosów, która to butla czekała zmiłowania pańskiego w kabinie prysznicowej od czasów tak odległych, że zdążyła wrosnąć w krajobraz. Nadal zatem w mych szufladach dziada z babą brakuje.

Na pocieszenie myślę sobie, że kiedyś z całą pewnością nastąpi ten dzień, gdy zrozpaczone czołowe minimalistki polskiej blogosfery zapukają do mych drzwi z błagalnym „Lemurze, pożycz nam ładowarkę do Samsunga sprzed ery standaryzacji, przeterminowane tabletki na taką czy inną powszechną przypadłość, bo w przychodni powiedzieli, że im starsze tym lepsze, taki nowy trend w medycynie rodzinnej, zieloną skarpetkę od lat pozbawioną pary, pół kilo nakrętek do słoików, imbusy dołączane do niektórych mebli z Ikei i resztki czterech różnych papierów prezentowych”. To po prostu musi się wydarzyć, tego wymaga sprawiedliwość dziejowa.

Kiedy nie sprzątam, kończę „Dziennik roku chrystusowego” Dehnela, jego lektura działała bowiem na mnie uspokajająco. Dobrze dla odmiany czasem przeczytać jakąś książkę, w której nic konkretnego się nie dzieje i dziać się nie ma, dla której nie zarwę nocy, by poznać rozwiązanie zagadki. Choć fakt, wątek dentystyczny trzyma mnie przez chwilę w napięciu. „W końcu coś, w czym nie będzie trupów” — pomyślałam nawet przed przystąpieniem do lektury. Pomyliłam się, bo trup akurat ściele się gęsto: liczni znani i powszechnie poważani, do tego dwie leciwe powinowate. Ale, rzecz jasna, nie ma śledztwa, dochodzenia przyczyn, ludzie umierają, bo są starzy i chorzy. Przynajmniej tyle. Toby już chyba była przesada gdybym — tym razem przypadkiem — przeczytała kolejny kryminał. Tak w każdym razie stwierdziłby na pewno X. (tak, ten konkretny znajomy naprawdę ma taki inicjał), który czyta tylko wielką literaturę. Tak lubi. Nie wszyscy są tak krwiożerczy jak ja, że miesiąc bez przynajmniej trzech morderstw się nie liczy.

Z książki wynika w każdym razie, że pisarz to ma klawe życie oraz wyżywienie klawe, co nie przeszkadza mu jednakowoż malkontencić. Indie brudne, pokoje hotelowe brzydkie, współpasażerowie pociągów chrapią lub trajkoczą (dobrze, że nie jednocześnie). A do tego ciągle a to gardziołko, a to wątróbka, a to żołądeczek. Mnie to rybka, ostatecznie nie jest nigdzie powiedziane, że wrażliwość artysty nie może obejmować jego wątroby, ale moją mamę podczas lektury szlag by trafił. Potwornie denerwują ją ludzie chorzy. Być może to z tego powodu została lekarką — by lecząc ludzi, usuwać z nich element denerwujący. Prawdopodobnie również z tego powodu zajęła się radiologią — by jednocześnie ograniczyć swoją z nimi styczność.

Rzecz jasna oprócz chorób i narzekań są tam i rzeczy bardziej interesujące i ogółem czyta się to przyjemnie. Relaksująco, powiedziałabym. Zresztą sprzątanie też mnie w jakimś sensie relaksuje. Przez chwilę wydaje mi się nawet, że fajnie byłoby pobyć kurą domową. Potem się reflektuję, że no owszem, fajnie, ale przez tydzień, może dwa. Potem by mi się znudziło. Nigdy nie będę boginią domowego ogniska, tak jak nigdy nie zajmę się wprowadzaniem w życie zasad minimalizmu. Ani dobrej i estetycznej organizacji. Bo wiecie, jak widzę planner, który ma dołączony zestaw naklejek i osobne rubryczki na wszystko, a na Youtube jeszcze szczęśliwa jego właścicielka opowiada, że do każdej kategorii zadań do wykonania używa innego koloru cienkopisu, to doceniam pomysł i wykonanie, ale jednocześnie wiem, że to nie dla mnie. Najpierw musiałabym sobie zaplanować samo planowanie, o czym regularnie bym zapominała, potem musiałabym nie pogubić ani nie pomieszać naklejek, no i zawsze mieć pod ręką komplet cienkopisów. Za dużo tego jak na jedną mnie. Jestem wszak lemurem chaosu, poukładanym w równym stopniu co niniejsza notka, która prawdopodobnie kiedyś miała być o jakiejś jednej rzeczy, ale zdążyłam zapomnieć, o której.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Zapiski ze sprzątanego mieszkania

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s