Lekkomyślna pięćdziesiątka

Było rano, jakaś głupia godzina, o której na polu bywają tylko emeryci, studenci i wagarowicze. Oraz ludzie wracający od lekarza. Niemal pusty tramwaj toczył się przez zamglony Kraków, mijając rzędy bloków i sklepów osiedlowych. Motornicza nerwowo przygryzała wargę, brwi miała zmarszczone. Lecz nikt nigdy nie patrzy w twarze motorniczych.

Krystyna patrzyła przez okno na mijane trawniki, chodniki, śmietniki i starsze panie wyprowadzające na spacer małe brzydkie psy. Myślała o recepcie złożonej na pół i wsuniętej do portfela, o tygodniowym L4, które zamierzała spędzić w łóżku trochę przysypiając, a trochę oglądając nieuważnie brytyjskie seriale.
Tramwajem szarpnęło. Krystyna nie oderwała wzroku od okna, przyzwyczajona do takiego stylu jazdy. Na zewnątrz mgła zgęstniała. Tramwaj zwolnił znacznie, jakby to ona stawiała mu opór. Coś jeszcze zmieniło się w krajobrazie za oknem, coś nie do końca uchwytnego. Krystyna wytężyła wzrok. Po chodniku szła kolejna staruszka. Jej ruchy były jakieś nienaturalne, choć nie sposób było stwierdzić, na czym ta nienaturalność polega. Ciągnęła za sobą wózek na zakupy. Chociaż nie, to nie był wózek. Może jakiś wyjątkowo nieforemny pies.
Tramwaj tymczasem dowlókł się do przystanku i zatrzymał się. Za przejściem dla pieszych Krystyna ujrzała aptekę. „Nie będę potem latać przez pół osiedla, kupię leki tutaj i pojadę następnym” — pomyślała, wstając z miejsca. Nacisnęła przycisk i drzwi rozsunęły się cicho, wpuszczając do środka ciężki zapach ziemi, waty cukrowej i kościoła. Krystyna wyszła na przystanek. Zakręciło jej się w głowie, ale ruszyła w stronę pasów. Teraz apteka wydawała się być znacznie dalej, niż jeszcze przed chwilą, widziana przez okno pojazdu, jakby chodnik przed nią wydłużył się samoistnie, jakby trawnik rozepchnął się w przestrzeni.
— Proszę pani! — usłyszała Krystyna za sobą. Odwróciła się. W drzwiach swej kabiny stała motornicza. — Niech pani nie wysiada, to nie jest pani przystanek! — Wołała. Krystyna chciała zaprotestować, bo i cóż to kogo obchodzi, czy to jest jej przystanek, czy nie, ale znów zakręciło jej się w głowie, tym razem mocniej. Poczuła, jak robi jej się słabo. Miała wrażenie, że zaraz zemdleje. Motornicza podeszła do niej i chwyciła ją pod ramię, po czym zaprowadziła do tramwaju. Krystyna pozwoliła jej na to. W środku opadła na siedzenie, dopiero teraz zauważając, że jest jedyną pasażerką w tej długiej, nowoczesnej pięćdziesiątce.
— Już pani lepiej? — zapytała motornicza, zamknąwszy uprzednio wszystkie drzwi. Krystyna potwierdziła ruchem głowy, choć nie wiedziała, czy istotnie jest jej lepiej. — Nie mogłam tam pani wypuścić. — powiedziała jeszcze kobieta i wróciła do kabiny, wewnętrzne drzwi do niej pozostawiając jednak uchylone. Przez dłuższą chwilę nie działo się nic. Tramwaj nie ruszał. Krystyna podeszła tam w końcu.
— Czy jest jakaś awaria? — zapytała.
— Nie wiadomo. Tu nigdy nic nie wiadomo.
Na przystanku pojawiła się jakaś postać w grubej i nieforemnej kurtce, chyba zbyt ciepłej jak na październik. Popatrzyła na tramwaj, po czym postanowiła wejść do środka. Motornicza nie otwierała drzwi. Krystyna odwróciła głowę w tamtym kierunku i przez szybę ujrzała twarz postaci. To nie była normalna twarz. Zmieniała się nieustannie, płynnie przechodząc w kolejne rysy. Krystyna szybko przeniosła wzrok wyżej. Chodnik. Trawnik. Śmietnik. Ale nie było apteki.
— Czy pani to widzi? — zapytała, przestraszona.
— Tak. Ale lepiej nie patrzeć.
— Czy pani wie, co się dzieje?
— Utknęłyśmy. — odparła motornicza i westchnęła głęboko. — To wszystko przez ten nowy tramwaj, prosto z fabryki w Bydgoszczy.
— Nic nie rozumiem… — powiedziała Krystyna. Kątem oka zauważyła, że dziwna postać nadal napiera na drzwi.
— Powiem pani. — zdecydowała motornicza, nie przerywając majstrowania przy konsoli. — Widziała pani na pewno, że z elektronicznego wyświetlacza nagle znika jakiś tramwaj, a potem nagle pojawia się z powrotem. Albo i się nie pojawia.
— Wielokrotnie.
— To dlatego, że przestrzeń miasta nie jest… nie jest linearna. Ma fałdy. Nie przekroczy ich tak po prostu człowiek, rower ani samochód. Przekracza je tylko tramwaj. Kiedyś jeszcze autobus 198, z jakiegoś powodu, ale nie ma już tej linii. Mówimy, że to dlatego, że tramwaj ma duszę, specjalną duszę maszyny, i ja w to wierzę. Tramwaj jest żywy, czuje, uczy się, postrzega rzeczywistość. I to on decyduje, czy przekroczy, czy nie. Bo czasem jedzie gładko tylko naszym wymiarem, nie wchodzi w fałdę. Świat wewnątrz fałdy jest… sama pani widzi, że nie wiadomo jaki. Przed nami udaje nasz, ale nikt nie wie, czym jest dla tramwaju. Albo dla swoich mieszkańców. Wiadomo jedno: nie wolno w nim wypuszczać pasażerów. Ja wcale nie chciałam się tutaj zatrzymywać, to tramwaj tego chciał. Wymusił to. Widziałam, jak specjalnie dla niego z mgły wyrasta przystanek. Pani to pewnie umknęło, ja mam inną perspektywę. I gdybym zdołała temu zapobiec, może gdybym zdołała tylko powstrzymać go przed otwarciem drzwi, pewnie nic by się nie stało, przejechałybyśmy jakoś, a pani nawet by nie zauważyła. Pasażerowie prawie nigdy nie zauważają. Wiedziałam, że coś takiego może się wydarzyć, młode tramwaje są ciekawskie, i wydawało mi się, że jestem przygotowana, na tyle, na ile to w dzisiejszych czasach możliwe. Ale on jest sprytny, silny i lekkomyślny. Zbyt mało jeszcze nauczył się w zajezdni od starych 105N…
— Skąd pani to wszystko wie? — zapytała Krystyna. Nie miała wątpliwości, że to wszystko prawda. Widziała przez okno, jak przestrzeń się zmienia, a co gorsza, jak kolejne postacie zbliżają się do przystanku.
— Wszyscy motorniczowie wiedzą… No ruszże wreszcie!… To nie do pani. Po co pani tam szła?
— Do apteki.
— Święty Jacku z pierogami! Już sam budynek mógłby panią wchłonąć… A nawet jeśli byłaby to apteka… Cóż, dobrze, że nie dowiemy się, co się mogło stać.
Tymczasem na przystanku zebrała się już spora grupa postaci. Krystyna starała się im nie przyglądać, czuła, że w najlepszym wypadku dostałaby od tego migreny, zauważyła jednak, że nie tylko ich twarze podają się nieustającym przemianom. Ich ciała rosły i malały, ręce skracały i wydłużały się. Wszyscy oni podchodzili do tramwaju, dotykali go, niektórzy chcieli wejść.
— Czy to są ludzie? — zapytała.
— Niektórzy mówią, że to kiedyś byli ludzie. Podobno w pewnych określonych okolicznościach i na piechotę można tu zbłądzić. Ja nigdy nie miałam ochoty sprawdzić. Ten tramwaj się buntuje. Nadal nie chce stąd wyjechać.
Czekały. Motornicza poczęstowała Krystynę herbatą z termosu. Postaci na przystanku przybywało. Były teraz śmielsze, dobijały się agresywnie, waliły pięściami w szyby. Jedna z nich wystawiła długi fioletowy język i oblizała drzwi. Wtedy nagle tramwaj szarpnął się i ruszył gwałtownie, rozpędzając się tak, że ledwo dało się zauważyć, jak rzeczywistość wraca na swoje miejsce. Motorniczej dopiero tuż przed następnym — już prawdziwym — przystankiem, udało się go opanować.
— Więc one po prostu nie lubią ich śliny… — powiedziała tylko. Krystyna popatrzyła na drzwi. Został na nich brzydki ślad.

***

Był wieczór. Krystyna obudziła się. Wcale nie czuła się lepiej. Miała jakieś dziwaczne i chyba złe sny. „To przez gorączkę” — pomyślała. Wstała, owinęła się szlafrokiem i poszła do kuchni zrobić sobie herbatę do wieczornej porcji leków. Na krześle wisiał jej płaszcz. Podniosła go, żeby odwiesić na miejsce. Poczuła, że pachnie ziemią, kościołem i watą cukrową.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Lekkomyślna pięćdziesiątka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s