Lemur i medycyna pracy

Budzik dzwoni o 5.00, potem o 5.30, o 5.40 wreszcie wstaję. Wypijam kawę, popijam wodą. Wypalam dwa papierosy. Nie jem nic, bo kazali mi być na czczo. Niezdrowo. Po omacku wybieram ciuchy, idę pod prysznic. Wychodzę, patrzę na zegarek. Jest wcześniej niż się spodziewałam, więc zaczynam podejrzewać, że zapomniałam umyć jakąś ważną część ciała.

Siadam przy parapecie, który służy mi za toaletkę. Na polu jest jeszcze ciemno, więc światło mam beznadziejne. Szybko nakładam niezbędne minimum, żadnych konturowań, kresek, nic. Czuję się jakaś niedokończona, lecz cóż z tego, trzeba jak najszybciej wyjść.

Wsiadam na rower. Miasto jest ciemne i jeszcze pustawe. Jadę szybko, przekonana, że się spóźnię, a groźna rejestratorka każe mi przyjść na pobranie krwi następnego dnia. Kolana odwykłe od pedałowania bolą, kurtka już w połowie drogi zaczyna lepić się do pleców. Myślę o tym, że moja mama uważa z jakiegoś powodu jazdę rowerem do przychodni za zachowanie ryzykowne, co trochę mnie bawi, a trochę rozczula. Przypominam sobie jej argumentację. Zatem, po pierwsze jest zima, a w zimie nie jeździ się na rowerze, nawet jak jest sucho, a temperatury wczesnowiosenne. Po drugie TO NA ALEJACH, a tam jeździ dużo aut. Delikatnie tłumaczyłam, że do Alej dojadę od Długiej i już będę właściwie na miejscu. Bez efektu. Po trzecie, to jest blisko Kleparza, a tam podobno kradną rowery. Otóż nieprawda, podobno kradną pod Halą, a poza tym mój rower i tak najbardziej narażony jest na mojej własnej klatce schodowej. Ale nie ma co mówić, mama wie swoje. W zasadzie to miłe, że się o mnie troszczy.

O dziwo docieram na czas. Okazuje się, że nie będzie żadnego „A pani to ma tak głęboko te żyłki”, wytaczania ze mnie połowy filiżanki krwi i nakazu trzymania gazika w zgięciu łokcia, bo krew pobierana jest z palca. Jestem zawiedziona. W dodatku wynik jest gotowy po trzech minutach. Sprawdzam w internecie. Wszystko w normie. Nie czuję się porządnie zbadana. Ale o trzynastej druga tura, może mi chociaż każą czytać literki z tablicy.

Tymczasem kupuję pierwsze jedzenie, jakie wpada mi w rękę, to znaczy lekko obite jabłko za 41 groszy. Pożeram je łapczywie, odpinając rower. Jadę na dworzec. Nabywam bilet miesięczny na pierwszą strefę. Spodziewam się eleganckiej karty plastikowej, a dostaję świstek jak z taniego bloku technicznego. Muszę wpisać tam swoje personalia i numer dokumentu ze zdjęciem. Pożyczam długopis od studentki uczącej się do sesji w dworcowej kawiarni. Gdy piszę, dzwoni jej telefon, a ona od razu się rozpromienia. „Nowa miłość” — myślę.

Idę na peron, wsiadam do brzydkiego pociągu. Pracownicy korporacji przysypiają albo czytają gazety. Udaje mi się zaobserwować pewien schemat: na początku każdy siada tak, by jedno miejsce obok i dwa naprzeciwko mieć wolne, potem, gdy pusta jest już tylko czwórka z resztkami jedzenia między siedzeniami, zaczyna się realizować układ w szachownicę. Dalszych etapów nie ma, bo pociąg rusza. Tylko w Mydlnikach dosiada się kilka osób. W korpozagłębiu wysiadają wszyscy i niby senny pochód ruszają ku stanowiskom pracy. Idę za tłumem.

Wchodzę do złego budynku, wyjeżdżam na złe piętro, wszędzie access restricted i employees only. Wychodzę. Wracam się. Odnajduję budynek, piętro i recepcję. Blondynka za ladą mówi do mnie na ty. Nie daję po sobie poznać, że mi to przeszkadza. Uzyskuję oryginał skierowania na badania medycyny pracy. Wracam na stację. Obawiam się nieco, że o tej porze jeżdżą tu tylko pociągi z miasta i będę musiała czekać do szesnastej na pierwszy powrotny pochód. Ale nie, najbliższy mam za osiem minut. Na peronie oprócz mnie tylko woźny i sprzątaczka, a w każdym razie ludzie, którzy wyglądają na woźnego i sprzątaczkę. Rozmawiają. On mówi, że ona nie musi mu tego tłumaczyć, ale to jej nie zraża.

Przyjeżdża nowoczesny skład. Siadam naprzeciwko jakiejś licealistki, której entuzjazm w podkreślaniu brwi przesłonił potrzebę zachowania symetrii. Chce mi się jeść i spać. Decyduję się na jedzenie. Pod dworcem odpinam swój rower ze stojaka i jadę do Bunkra. Zamawiam hummus, sok i espresso, które okazuje się mieć walory smakowe octu siedmiu złodziei, zaś podana do niego woda jest słodka. Najpierw myślę, że mi się wydaje, ale kolejny łyk potwierdza pierwsze wrażenie. W tej wodzie jest cukier, ewentualnie jakiś syrop. Pytam kelnera, przystojnego bruneta z brodą. On zaprzecza stanowczo. Nie chce mi się kłócić, choć mogłabym podać mu trochę na łyżeczce. Nie lizałam.

„Przyda się do prozy” — myślę, choć nie wiem, do jakiej prozy i po co. Jem swój hummus i patrzę na ludzi. Większość to emeryci, choć zdarzają się i studenci. W kącie para maturzystów. Chłopak opowiada o naturze związków damsko-męskich i swoich planach na przyszłość. Wybiera się na medycynę. Jest pewien każdego słowa granitowo, uważa, że zna życie. W drugim kącie starszy wąsacz powiada przez telefon jakiejś Jadzi, że mu się śniła. Wypełniała papiery, a obok niej siedzieli Roman i Zbyszek. Wąsacz jest przejęty, bo rzadko mu się cokolwiek śni.

Po chwili wąsacz się zbiera, a miejsce przy stoliku zajmują emeryci. Przy białej kawie rozmawiają o polityce. Mężczyzna w sztucznym kożuszku analizuje przyczyny katastrofy w Smoleńsku i sytuację na Ukrainie, kobieta w zielonym golfie jest oburzona. Nie jego słowami. Jest oburzona wszystkim, dla zasady. Macierewicz i stan wojenny przeplatają się w jej wypowiedziach z romansami aktorek. „Bo to jest jedna banda złodziejska” — powtarza w różnych kontekstach.

W przychodni jestem wcześniej niż powinnam, więc siedzę w poczekalni i czytam, aż w końcu woła mnie okulistka. Najpierw każe mi patrzeć na domek, a potem czytać literki. Lewym okiem zamiast KCS czytam KGB, przy badaniu prawego oświadczam, że nic nie przeczytam, ale mogę pokazać, gdzie jest tablica. Następnie okulistka macha mi palcem przed oczami i mówi, że ucieka mi oko. Nie mówię, że to jej palec ucieka, a oko jest na miejscu, nie muszę raczyć obcych ludzi sucharami. Przechodzę na badanie audiometryczne. Pielęgniarka zamyka mnie w kabinie i każe naciskać guzik, jak usłyszę piszczenie. To trudniejsze, niż może się wydawać. Dostaję jakąś tabelkę i zanoszę ją do laryngolożki. Ta przykłada mi kamerton do głowy i wsadza lusterko do gardła. Mówi, że jestem zdrowa. Wpisuje coś do komputera, posługując się przy tym dwoma środkowymi palcami. Idę czekać na EKG. Na korytarzu personel medyczny instruuje personel sprzątający w kwestii czyszczenia siedzeń szczotką. Na EKG owijają mnie taśmą wokół klatki piersiowej i zakładają jakieś klamry na nogi i ręce. Dziwnie mi się to kojarzy. Z wynikiem trafiam wreszcie do lekarki medycyny pracy. ta walczy z drukarką, a potem, jak to określa, wręcza mi zdolność.

Jadę do domu. W zgięciu łokcia czuję fantomowy ból po wkłuciu, którego nie było.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Lemur i medycyna pracy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s