Przeczytane w marcu 2016

W tym roku wprowadziłam w systemie zapisywania przeczytanych książek pewną innowację. W kalendarzu notuję, jaką książkę czytałam danego dnia, i przypisuję jej kolor*. Jest to sposób dość przejrzysty, ma jednak pewną zasadniczą wadę: to, w jakim kolorze widzę daną pozycję, nie zawsze współgra z gamą kolorystyczną moich cienkopisów. Muszę w związku z tym iść na ustępstwa, głównie stosując barwy bardziej żywe niżbym chciała. Z jakiegoś powodu wolę lektury w odcieniach zgaszonych.

Nie chodzi mi o barwę okładek. Mój czytnik i tak operuje tylko skalą szarości. Chodzi o synestezję, która w tym przypadku polega na tym, że mój mózg przypisuje kolory i faktury słowom, pojęciom, osobom, treściom i pewnie jeszcze czemuś. Moje nazwisko jest żółte. Ryszard Kalisz jest zgniłozielony. Liczby nieparzyste mają chłodne barwy. Imię Mateusz jest niebieskie. Litera A jest czerwona. Niemcy są zielone. Głos Wojciecha Manna jest zamszowy i ciemny. Sam Wojciech Mann jest ciemnogranatowy. Smak miętowy jest gładki. Słowo prysznic jest chropowate. I tak dalej.

Piszę o tym dlatego, że w tym miesiącu zgadza się wyjątkowo mało kolorów.

  1. „Wszystkie lektury nadobowiązkowe” Szymborskiej, które czytałam po kawałku prawie przez cały marzec, zaznaczyłam na fioletowo. Zrozumiałe, wszak imię Wisława jest fioletowe. Cóż z tego jednak, gdy samo dzieło jest ciemnozielone. Nie mogłam go jednak tak zapisać, bo ciemnozielony zostawiłam sobie na „Chłopów”, których ostatecznie nie przeczytałam. Co do samej treści, to wspomniałam o niej tutaj. W niniejszej notce chciałabym dodać, że nawet takie Szymborskie dziadzieją babcieją, co objawia się utyskiwaniem na ludzi, którzy w dzisiejszych czasach. Tu nastąpiło to prawdopodobnie w roku 1996. Nie jest to jakiś szczególny problem, gdyż felietonów zbabciałych jest niewiele, dlatego polecam. Pragnę przy okazji nadmienić, że autorem wstępu i redaktorem jest dr Artur Czesak, zajęcia z którym wspominam z rozrzewnieniem.
  2. „How not to write a novel” Davida Armstronga dostało akurat kolor właściwy, może tylko trochę zbyt ciemny, a mianowicie turkus. Samą barwę lubię, w lekturach jednak odpowiada mi średnio. Prawdopodobnie nie jest to zły poradnik, nie był jednak tym, czego się spodziewałam. Wy też nie spodziewajcie się, że wskutek przeczytania go wyskoczę zaraz z pisaniem powieści.
  3. „Cała prawda o Francuzkach” Marie-Morgane Le Moël jest zupełnie bezsensownie granatowa. A przecież to książka jasna, w czystym odcieniu. Sięgnęłam po nią, bo chciałam przeczytać coś, co potwierdzałoby moje zdanie w kwestii stawiania Francuzek za wzór reszcie świata. Książka spełniła tę funkcję, przy okazji obnażając przede mną zbieżność pewnych polskich i francuskich problemów społecznych. Zaczęłam odnosić wrażenie, że Polska to taka gorsza Francja, co i tak jest oceną bardziej pozytywną niż mój zwyczajny pogląd ostatnimi czasy. Myślę mianowicie, że jeśli Polska jest kobietą, to osobliwie Krystyną Pawłowicz. Mam szczerą nadzieję, że się to wkrótce zmieni.
  4. Intensywna czerwień niezbyt dobrze pasuje do „Dziewczyn, które zabiły Chloe” Alex Marwood. Powinna być ciemna, przybrudzona. A książka… cóż, czyta się ją dobrze i szybko. Dopiero potem człowiek zaczyna dostrzegać, gdzie autorka poszła na łatwiznę. Poza tym: po co tyle nieszczęść dla jednej bohaterki? Dwie trzecie z tego byłoby dość.
  5. „Szczęśliwej ziemi” Orbitowskiego dostał się seledyn, który faktycznie pasuje do niektórych scen, do innych jednak wcale. Powieść, powiedziałabym, jest typowa dla autora, który niniejszym mi się znudził. Sądzę, że przez najbliższe kilka miesięcy nie będę do niego wracać.
  6. „Mały przyjaciel” Donny Tartt jest barwy biskupiego fioletu. Powinien być brązowy, ciemny i gęsty. To dobra powieść. Mocna. Na początku zdaje się, że czytelnik będzie miał do czynienia z amerykańską wersją Janeczki i Pawełka. Ale to nie jest zabawna historia o dzieciakach bawiących się w detektywów i miłym milicjancie pojawiającym się w odpowiednim momencie. Tu nie ma milicjanta, tu nie ma nic lekkiego. Polecam.
  7. „Shepherd’s crown” Pratchetta (błękicik zbyt blady) miałam nie czytać, póki nie ukaże się polski przekład. Nie, żebym miała jakiś problem z czytaniem w lengłydżu, bo nie mam, ale rozumiecie: ostatnia powieść autora, w której w dodatku umiera babcia Weatherwax. Wszak dopóki człowiek o tym nie przeczyta, to się to tak jakby nie stanie**. Ostatecznie jednak kupiłam wersję angielskojęzyczną. Stało się to pod wpływem impulsu, po drodze na pociąg. Przeczytałam ją potem w czasie świąt, trawiąc różne pokarmy. Najbardziej podobała mi się chyba Magrat jako dojrzała kobieta. Ktoś mógłby stwierdzić, że autor zapomniał o charakterze postaci i wyposażył ją w nowy, bo tak mu pasowało, ja jednak uważam, że to wiarygodna przemiana.

To wszystko. Mam nadzieję, że w przyszłym miesiącu uda mi się lepiej dobrać kolory.

 

*Oprócz tego mam jeszcze w kajeciku listę książek do przeczytania, na której odznaczam kolejne pozycje, i listę książek przeczytanych w arkuszu Excela.

** Dlatego właśnie nigdy nie skończył się dla mnie „M*A*S*H”, bo nie obejrzałam ostatniego odcinka.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Przeczytane w marcu 2016

  1. Też to mam! Piątka! Tyle, że dla mnie Ryszard Kalisz jest pomarańczowy (co dziwne, bo samo K jest czerwone, a Ryszard zielone), Wojciech jest zgniłozielony, Mann czerwony, ale Wojciech Mann przechodzi w żółć. Prysznic jest niebieski i chropowaty:)

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s