Formularze, które uczyniły mnie szczęśliwą

zus
Źródło: http://blogprawny.ghmw.pl/medycyna/elektroniczne-zwolnienia-lekarskie-2015-r/

Nowa praca to, jak wiadomo, źródło nowych doświadczeń. Miałam okazję przekonać się o tym w zeszłym tygodniu, kiedy to po raz pierwszy w życiu poszłam na L4. Nie dlatego, żebym wcześniej nie chorowała. Chorowałam, owszem, niezbyt często i niezbyt poważnie, ale zdarzało się. Tyle tylko, że nie szedł za tym żaden oficjalny papier, ten bowiem mojego gustującego w umowach śmieciowych byłego pracodawcę obchodził tyle, co zeszłoroczny śnieg. Czasem nie szła za tym też nieobecność na stanowisku pracy, bo ostatecznie hajsy same się nie zarobią.

Obecny pracodawca upodobania ma szczęśliwie zgoła odmienne. Jak się okazało, zmieniają one oblicze chorowania. Przede wszystkim trzeba iść do przychodni. Ku memu zadowoleniu, upodobania pracodawcy uwzględniają pakiet medyczny, nie musiałam więc załatwiać tego jak taki zupełnie zwykły śmiertelnik. Wcześniej zresztą — jako lekarskie dziecko — też nie załatwiałam. Trochę głupio jednak zanosić do kadr zwolnienie od rodziców, jak w szkole podstawowej. Więc poszłam. Kolejki nie było. Obejrzano mi gardło, uszy i nos, obmacano węzły chłonne, stwierdzono anginę i wystawiono zwolnienie na tydzień oraz receptę na dwa specyfiki. Jeden z nich miał formę ogromnych gorzkich tabletek, drugi smak chemicznej truskawki. Sprytne. Lekarstwa nie powinny być wszak przyjemne w konsumpcji. Pacjent ma chcieć wyzdrowieć, nie może mu być zatem za dobrze. I faktycznie — płynne i słodkie preparaty budzą we mnie uczucia tyleż silne, co negatywne. Zawsze tak było, dlatego już w dzieciństwie nauczyłam się łykać bez popity tabletki wszelkich rozmiarów. Bardzo, uważam, przydatna sztuka.

Wróciwszy z przychodni, poinformowałam pracodawcę, że nie ma mnie do środy włącznie, po czym rozebrałam się, położyłam do łóżka i przez następne trzy dni nie robiłam nic. To znaczy: spałam, łykałam tabletki, niemrawo czytałam dość niewymagającą książkę (wymagająca leżała obok, ale nie chciałam jej marnować na niemrawe czytanie) i podobno chrapałam*. A to wszystko zupełnie bez poczucia winy i wizji wartkiego strumyka uciekających hajsów. Bolały mnie przy tym różne rzeczy i miałam gorączkę, ale cudowna pewność, że mam stosowny dokument, napełniała mnie spokojem. Zupełnie jakbym dostała oficjalne pozwolenie na chorowanie.

Po tych trzech dniach zrobiło mi się lepiej, w związku z czym przerzuciłam się na bardziej wymagającą lekturę i zaczęłam nawet robić jakieś rzeczy, ale bez fanatyzmu. „Może notkę napiszę…” — myślałam sobie chwilami, nie siadałam jednak do komputera, bo nie chciałam kalać el cztery dotykaniem narzędzia pracy. Głównie cieszyłam się tym, że czuję się na tyle dobrze, żeby coś robić, i na tyle źle, by absolutnie robić tego nie musieć.

Po czym nadszedł czwartek i powrót do pracy. Mój organizm z niewiadomych przyczyn zareagował na to czymś w rodzaju entuzjazmu. Nie do samej pracy, ale do aktywności w sensie ogólnym. Od trzech dni, nie wyłączając dzisiejszego, wstaję z pieśnią na ustach o siódmej rano bez żadnego „jeszcze pięć minut”. Oddałam wreszcie spodnie do krawcowej**. Zrobiłam obiad, który nie zawierał ani jednego półproduktu. Uporządkowałam kosmetyki. I, co najważniejsze, w końcu złożyłam PIT. Poczułam, że oto mam za sobą najważniejsze wyzwanie tego roku.

*No dobra, czasem jeszcze brałam prysznic i zmieniałam koszulę nocną.

**Najpierw napisałam, że do szewca, i nie wiedziałam, co mi w tym zdaniu nie pasuje.

Autorka ma świadomość, że L4 tak naprawdę nazywa się ZUS ZLA.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Formularze, które uczyniły mnie szczęśliwą

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s