Pamiętniki z wakacji #2

IMG_5553Do Kotoru wybieramy się na własną rękę, pekaesem, który tu rzecz jasna nie może się nazywać pekaes, tylko jakoś inaczej, ale nie wnikamy w to. Kupujemy bilety i jedziemy. Na miejscu włóczymy się trochę po starówce, Mateusz robi zdjęcia mnie, a ja otoczeniu. Koło południa postanawiamy obejrzeć górującą nad miastem twierdzę. „Ludzie z dziećmi idą, pewnie łatwa trasa” — myślimy. Mylimy się.

Tysiąc czterysta dwadzieścia sześć połupanych kamiennych stopni. Piękne słoneczko uroczo przyświecające prosto w durny łeb. Skrawki cienia nieliczne i szczelnie wypełnione innymi turystami. W trzech czwartych trasy mam serdecznie dość. Pragnę zanurzyć się w jakiejś wodzie i tak tkwić. Ale nie ma wody. Są schody i jest upał.

Mateusz mówi, że możemy zawrócić, a wtedy we mnie pojawia się coś dziwnego i nowego, jakiś niezdrowy upór. „Nie po to się tyle męczyłam, żeby tam nie doleźć!” — protestuję stanowczo. Ja, zwolenniczka odpuszczania, spokojnego tkwienia w strefie komfortu, w bezpiecznej odległości od własnych granic, niezrobienia niczego na siłę. Nie podoba mi się moja własna reakcja. Nie chcę być taką osobą: zaciętą, skupioną na jakimś głupim celu, wiecznie się ze sobą szarpiącą. Ale idę dalej.

Na szczycie nie czekają na nas żadne wspaniałości. Ruiny, o które nikt nie dba. I widok, no owszem, ładny, ale podobnie ładny był w połowie tych przeklętych schodów. Pewnie czegoś nie doceniam, coś mi umyka, ale nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy lubią wdrapywać się na góry i samo to wdrapywanie się sprawia im przyjemność. Zwłaszcza że na czubkach tych ich gór przeważnie nic nie ma, a u szczytu schodów przynajmniej ta twierdza. Skoro już ją zdobyliśmy, zapalamy po papierosie zwycięstwa, a potem zbieramy siły do zejścia. Nieopodal mdleją dwie nastoletnie Francuzki.

Mateusz ordynuje alternatywną drogę powrotną — kamienistą ścieżkę schodzącą ku miastu szerokimi zakosami. Idzie się łatwiej, choć sandały coraz bardziej mnie obcierają. Wściekam się i pytam świata w ogólności, kto to wymyślił, żeby tak wysoko budować zabytki. Jednak już w drodze powrotnej, przysypiając w autobusie o fioletowych zasłonkach, konstatuję, że jestem całkiem zadowolona.

Następnego dnia postanawiamy gnuśnieć w pokoju. Nie mamy ochoty na żadne aktywności, choćby to nawet miało być gnuśnienie na plaży. Czytamy książki, drzemiemy, rozmawiamy. Jest przyjemnie, ale czuję się, jakbym marnowała urlop, wyrzucała do kosza całkiem jeszcze dobre godziny. Postanawiam iść popływać. Mateusz nie, dla niego gnuśnienie nie stanowi problemu. Wychodzę, zdeterminowana i napięta. Pada ciepły letni deszcz. Całe rzesze ludzi wracają z plaży. Niektórzy okrywają głowy ręcznikami, jakby robiło im jakąś różnicę, czy woda moczy ich z góry, czy — jak jeszcze przed chwilą, w morzu — z dołu. Ja idę w przeciwnym kierunku, mijam piekarnie i markety, przechodzę przez park, potem między straganami pełnymi pamiątek i gumowych zwierząt, i jestem. Rzucam rzeczy na ziemię, ściągam sukienkę, wchodzę do morza. Jest ciepłe jak zupa, wkoło nie ma zwyczajnego tłoku. Tylko jakaś para i dwóch starszych facetów. Powoli płynę żabką do bojek i z powrotem. Siadam w płytkiej wodzie przy brzegu. Nie chce mi się wychodzić, ale zaczyna grzmieć.

Wracam na kwaterę. Jest dobrze. Kapie na mnie deszcz.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Pamiętniki z wakacji #2

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s