Przeczytane w lipcu 2016

Wróciłam wczoraj na ojczyzny łono. Jeszcze w autokarze sądziłam, że uda mi się wieczorem usiąść i napisać notkę, ale myliłam się, w domu okazało się bowiem, że potwornie mi się nie chce. Być może powinnam się do tego nie przyznawać i zwalić winę na jakieś obiektywne przeszkody, wierzę jednak, że mi wybaczycie. Każdemu wszak zdarzają się dni, kiedy woli usiąść na kanapie i poczytać, zupełnie jakby przez ostatni miesiąc nie łykał książek jak młody pelikan.

  1. Miesiąc zaczęłam od „Małych eksperymentów ze szczęściem. Dziennika Hendrika Groena lat 83 i ¼”, przyjemnej książki opisującej blaski i cienie życia w holenderskim domu spokojnej starości.
  2. Potem zmieniłam klimat i przeczytałam „Łaskę” Anny Kańtoch, który to (cokolwiek przygnębiający) kryminał szczerze polecam.
  3. Następna była „Kamienna noc” Gai Grzegorzewskiej, z którą mam nieustający problem, ponieważ zupełnie nie wiem, po co sięgam po kolejne jej książki. Bohaterka mnie irytuje. W fabule zawsze znajdę jakąś dziurę. A jednak wracam. Z każdą książką jest coraz mniej źle, więc może po prostu czekam, aż za którymś razem będzie zupełnie dobrze.
  4. W następnej kolejności postanowiłam odświeżyć sobie pratchettowski cykl o czarownicach. Fajnie było obserwować ewolucję postaci i rozwój koncepcji wykorzystania przez nie magii. Zaczęłam od „Trzech wiedźm”, odpuszczając sobie tym samym „Równoumagicznienie”, bo wczesny Pratchett podchodzi mi tak sobie.
  5. Potem zgodnie z chronologią przeszłam do „Wyprawy czarownic”, lecz opuściłam „Panów i damy”, tę część bowiem z jakiegoś powodu przeczytałam jako nastolatka chyba kilkanaście razy.
  6. Dalej nastąpiła „Maskarada”
  7. I „Carpe jugulum”, które podobało mi się mniej niż inne części, a to przez motyw zagubionego zaproszenia dla babci Weatherwax. Strasznie mnie irytują sytuacje, w których bohaterowie mogliby zamienić ze sobą dwa zdania i wszystko byłoby wiadomo, ale wolą siedzieć cicho i czekać, aż Się Okaże.
  8. Potem uświadomiłam sobie, że „Prawdę” tegoż autora czytałam tak dawno, że nie pamiętam z niej nic poza słowem „…ony”, postanowiłam więc ją sobie przypomnieć.
  9. Po Pratchetcie zachciało mi się literatury faktu. Padło na „Śmierć na Diamentowej Górze. Amerykańską drogę do oświecenia” Scotta Carneya. Całkiem interesujące.
  10. Przeczytałam też inną książkę tegoż autora, będącego najwyraźniej miłośnikiem długich tytułów. Był to „Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci.”
  11. Pozostając przy tematyce trupów, zabrałam się za „Żywe trupy. Prawdziwą historię zombie” Adama Węgłowskiego, łudząc się chyba, że dzięki temu powrócę do zarzuconego lata temu pomysłu na opowiadanie pod roboczym tytułem „Kozłówek żywych trupów”. Póki co nie powróciłam, ale przynajmniej wiem, gdzie w razie czego szukać informacji.
  12. Po „Wyznaniach hieny. Jak to się robi w brukowcu?” Piotra Mieśnika na chwilę odechciało mi się literatury, nomen omen, faktu. To dzieło o jakże dramatycznym tytule to w istocie zbiór historyjek, które zapewne fajnie by brzmiały opowiadane komuś przy wódce, ale na piśmie wypadają mocno tak sobie, zwłaszcza że sporą część tekstu zajmują przygody autora związane z chlaniem i wyrywaniem lasek, czyli żadna egzotyka.
  13. „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” Ziemowita Szczerka przesłał mi jakiś czas temu kolega z komentarzem, że — parafrazując, bo kolega jest kulturalny — jemu dupy nie urywa i ciekaw jest, czy mi urwie. No więc czyta się to bardzo dobrze, wciąga jak nie wiem, bo taplanie się we własnych przywarach narodowych właśnie takie bywa. Lecz w ostatecznym rozrachunku nie było to nic odkrywczego, a powód, by nad narodem polskim po raz kolejny usiąść i z satysfakcją zapłakać nie był powodem nowym, świeżym, walącym po głowie. A chyba miał być, takie to sprawiało wrażenie, jakby autor usiłował coś wziąć i obnażyć.
  14. Sprawdziwszy, jak mocno przytwierdzona jest moja dupa, zmieniłam klimat i tematykę, czytając „Euforię” Lily King. Przez trzy czwarte powieści zapowiadało się na to, że mi się jednak urwie, ale końcówka wszystko koncertowo spieprzyła, rozczarowując mnie potężnie.
  15. Wobec tego przeczytałam „Grę na wielu bębenkach” Olgi Tokarczuk, ponieważ, po pierwsze, trudno jest spieprzyć zakończenia wszystkich dziewiętnastu opowiadań w zbiorze, po drugie, Olga Tokarczuk ze spieprzonych zakończeń nie jest raczej znana. Nie zawiodła mnie i tym razem, opowiadania czytało się dobrze.
  16. Podniesiona na duchu mogłam zatem pozwolić sobie na powieść autorki wcześniej przeze mnie nieczytanej, czyli Sofii Andruchowycz. Faktycznie, książka „Felix Austria” nie rozczarowała mnie.
  17. W dalszej kolejności przeczytałam kryminał Kate Atkinson o zupełnie niepociągającym tytule „Zagadki przeszłości”. Rzecz, powiedziałabym, w porządku, w sam raz na urlop. Ale jeśli zobaczycie, że bohaterowie wypowiadają się o gramatyce, przewróćcie stronę i jak najszybciej zapomnijcie, coście właśnie przeczytali. Inaczej pomieszacie sobie części mowy z częściami zdania oraz uwierzycie, że tryby i czasy gramatyczne to to samo. Potem będzie wstyd, i na co wam to?
  18. Jako ostatnią pozycję, już w dzień powrotu z wakacji, przeczytałam „Londyn NW” Zadie Smith, którą to książkę kisiłam na czytniku od ponad roku z przyczyn dla mnie kompletnie niezrozumiałych. Może za pierwszym razem nie zażarło, co jest dziwne, zważywszy na to, że jest to rzecz naprawdę dobra.

Jak widać, lista jest dość długa. Prawdopodobnie wątpicie, jakobym na urlopie w ogóle odrywała wzrok od czytnika. Zapewniam was jednak, że mi się to zdarzało.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Przeczytane w lipcu 2016

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s