Grzeszne przyjemności

Guilty pleasures tłumaczy się podobno jako grzeszne przyjemności. Niech będzie, kimże ja wszak jestem, żeby zgłaszać obiekcje. Oprócz tego, rzecz jasna, że magistrą przekładoznawstwa. Ze studiów wyniosłam jednak przekonanie, że „no jakoś mi nie pasuje” jako argument sprawdza się słabo w porywach do wcale.

A mnie właśnie jakoś nie pasuje. Nie lubię słowa „grzeszny” w kontekstach pozareligijnych, które to nielubienie jako argument również nadaje się do podłożenia pod tramwaj, zwłaszcza że PWN definiuje grzech także jako „postępek wykraczający przeciw jakimś normom postępowania”. Wspaniale — mogłabym zawołać — wreszcie jakiś punkt oparcia. Wszak rzeczy wymieniane zwykle jako guilty pleasures nie są powszechnie uznawane za naganne i godne najwyższego potępienia. Tyle tylko, że aby wykroczyć przeciw jakiejś normie, nie trzeba od razu przywdziewać siedmiomilowych butów. Wykroczenia drobne to też wykroczenia. Typowe guilty pleasures zaś obejmują występki przeciwko takim filarom właściwego sposobu funkcjonowania w życiu codziennym jak zdrowe odżywianie, produktywne spędzanie czasu i samodoskonalenie.

Rzecz jasna możecie stwierdzić, że to są pierdoły, jak również problemy pierwszego świata. Bo są. Ale wystarczy chwila w internecie, by natknąć się na teksty o zdrowych przekąskach, superfoodach, ośmiu trikach pozwalających zwiększyć swoją produktywność, takiej czy innej rewolucyjnej metodzie planowania, dzięki której jak wyżej, stu książkach, które musisz znać, receptach na to, jak się nie zapuścić fizycznie i intelektualnie, etc. Do tego jeszcze różne powszechne przekonania o tym, co wypada, a czego nie, bo co ludzie powiedzą.

Podsumowując, wychodzi na to, że grzeszne przyjemności to akceptowalne tłumaczenie terminu, co wcale nie znaczy, że nagle zaczęło mi się podobać bardziej jak na początku tej notki. Nie podoba mi się ono ciągle tak samo, ale co poradzę. Nie mam lepszej propozycji.*

Wystarczy już tych rozważań teoretycznych. Dobrze wiem, że nie przyszliście tu po moje smętne wynurzenia, a po to, co jest sensem takich wpisów: lekko wstydliwe wyznania. Proszę bardzo:

  1. Uwielbiam czytać forumowe jatki i fejsbukowe flejmy. A im mniej obchodzi mnie sam temat, tym lepiej. przy ideologicznych za bardzo się wczuwam i zaczynam przejawiać tyleż gorące, co negatywne uczucia do tej strony, z którą akurat się nie zgadzam, albo — co gorsza — zaczynam się udzielać, i nici z przyjemności. Dlatego najczęściej czytam w tym celu forum e-mama. Mam bowiem tak naprawdę w głębokim poważaniu, czy teściowa miała rację albo czy misiowi należy się dżihad. Komuś tam niby kibicuję, ale bez fanatyzmu. Czysty relaks.
  2. Drzemka! Niedoceniana w dzieciństwie, teraz droga memu sercu. Ale taka porządna, zajmująca większość popołudnia, nie tam jakieś piętnaście minut dla regeneracji, co to naukowo nawet zostało podobno udowodnione, że pomaga na mózg. Najbardziej bezproduktywny sposób spędzania czasu, jaki można sobie wyobrazić (chyba że ma się szczególnie interesujące sny i da się radę je zapamiętać). Za to cudownie przyjemny.
  3. Słuchanie tego utworu w godzinach urzędowania:
  4. Opowieści z dreszczykiem, teorie spiskowe, a najlepiej wszystko razem. Nie wierzę w ani jedno słowo, a jednak miewam okresy, w których czytam je zachłannie. Potem to wszystko robi się powtarzalne i zaczyna mi się nudzić. Potworna strata czasu, w dodatku obciążona ryzykiem nocnych lęków przed potworem spod łóżka.
  5. Zła literatura — i chodzi mi tu o czytanie zarówno złych książek dla tak zwanej beki (którego to wyrażenia nienawidzę), jak i ich recenzji i analiz. W zasadzie nie byłam pewna, czy to się liczy jako, ekhm, grzeszna przyjemność. Ale ostatecznie w tym czasie mogłabym czytać wielką literaturę, a zatem spędzać czas produktywnie, albo robić cokolwiek innego, co nie uwzględnia podśmiechujek z osób, które niespecjalnie potrafią pisać. Z drugiej jednak strony, nie wyciągam tym osobom pamiętniczków z szuflad biurek, lecz raczę się ich dostępnymi publicznie dziełami, za co w dodatku płacę z własnej kieszeni (taka na przykład prawdziwa perła złej literatury kosztowała mnie dziesięć złotych polskich).
  6. Jeśli już jesteśmy przy bece, muszę wspomnieć o fanpejdżu Beka z Klanu. Nie polubiłam go na Facebooku, bo z zasady niczego z beką w nazwie nie polubiam (stąd i cała grzeszność), ale czytam regularnie. Gdybym oglądała telewizję, na tę listę trafiłby i sam „Klan”, tego jednak dawno już nie śledzę bezpośrednio.
  7. Chipsy. Uwielbiam, choć są tłuste i niezdrowe, a jeśli nawet zawierają jakieś witaminy, to na pewno w procesie konsumpcji pozostają one na palcach i na dnie paczki. Na szczęście jestem dużą dziewczynką o silnej woli i czasem udaje mi się po długich wewnętrznych pertraktacjach zamiast chipsów kupić butelkę wina.
  8. To jest prawdopodobnie najgorsza rzecz na całej tej liście, a w każdym razie IMG_5930najbardziej wstydliwa: lubię podglądać, które cienie do powiek inni ludzie zużywają najszybciej. Nic z tego nie wynika, bo i jakiż wgląd w psychikę drugiego człowieka może dać taka informacja, ale i tak to lubię. Rzecz jasna nie grzebię nikomu w rzeczach i całe podglądanie uskuteczniam, gdy rzeczone cienie znajdują się na wierzchu, ale i tak jest to jakieś takie wścibskie. Żeby choć trochę odkupić swoją winę, załączam zdjęcie własnej najczęściej używanej paletki (mam jeszcze inne, bardziej kolorowe cienie, ale tam siłą rzeczy zużycie jest mniejsze i mniej mówi o moim codziennym makijażu).

Zastanawiacie się być może, czemu nie uwzględniłam na niniejszej liście czytania głupich gazet i literatury zasługującej najwyżej na miano takiej sobie (no wiecie, te wszystkie kryminały, które nie oferują niczego ponad spełnienie założeń gatunku, nowsze książki Stephena Kinga etc.), rysowania krzywych lemurów i publikowania ich potem pomimo ich ewidentnego skrzywienia, oglądania filmów, w których Bogusław Linda klnie i strzela z broni palnej, etc. Nie zrobiłam tego z takiego mianowicie powodu, że nie czuję w związku z tym ani odrobiny wstydu. Nie można się wszak doprowadzić do stanu, w którym absolutnie wszystko, co nie sprzyja produktywności, pięknej sylwetce i samorozwojowi, uznaje się za jeśli nie za zbędne, to za co najmniej podejrzane**. Trzeba czasem odpocząć. Tak po prostu, a nie dlatego, że wypoczęci ludzie lepiej pracują.

 

*Tylko sobie teraz nie zacznijcie wyobrażać, że proces decyzyjny podczas tłumaczenia zawsze tak wygląda. Powiedziałabym, że przeważnie nie. W rzeczywistości tłumacz, w każdym razie tekstów użytkowych, najczęściej zaczyna od kluczowego pytania: „A jak jest w ti-emie?” [pamięci tłumaczeniowej] i dopiero jak nie znajdzie nic ani tam, ani w referencjach, a na prozie i na linguee same głupoty, to w ogóle zaczyna myśleć, a i wtedy uroda i osobisty stosunek do danego rozwiązania nie są dlań priorytetowe. No chyba że jest Czechem. Ale to temat na osobną historię.

**Mam o tym notkę.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Grzeszne przyjemności

  1. Ja w sprawie pojęcia „grzesznych przyjemności”. Nie używam tej nazwy, nie podoba mi się ona, a angielskiego wzoru nawet nie znałem. Za to znam słowo „słabostki”, używane właśnie w takim znaczeniu. Moim zdaniem „słabostka” to jest właśnie to słówko, co trzeba. Mniej, niż słabość i nie grzech.
    Pozdrawiam.
    P.S. Masz ciekawe słabostki. Moją słabostką jest czytanie bardzo konserwatywnych czasopism dla katolickiej młodzieży oraz zapoznawanie się z wszelkiego rodzaju „świadectwami” – nawrócenia, schudnięcia, wyzdrowienia dzięki cudownemu specyfikowi, za który „lekarze go nienawidzą” ;-);-)

    Polubione przez 1 osoba

  2. „Słabostki” kładą nacisk na załamującą się (do wewnątrz) wolę, ale gdyby posypać to odrobiną perwersyjnej dumy (na zewnątrz) z takich zachowań, wyszłyby „występne przyjemności”. Chyba 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s