Porządkowanie szafy

1280x800
Żródło: http://agatanowicka.com/clothing-personal-work/

Problem z minimalizmem zaczęłam mieć w sobotę. Wcześniej zjawisko to istniało sobie gdzieś tam, ja przyglądałam mu się z bezpiecznej odległości, jak również zza płotu, nie wadziliśmy sobie. A tu nagle bach: przeczytałam poradnik, bo blogerka napisała, a ja czytam rzeczy, które napisały blogerki, nawet jeśli tematyka do mnie przemawia tak sobie. I żebyż to jeszcze dobry poradnik, żeby się z jego stron wylewał rozsądek i nieoczekiwanie użyteczne rozwiązania, to nie. Wylewało się to co zwykle, ani szczególnie złe, ani szczególnie dobre, a dla czytelniczek bloga (który sam w sobie jest w porządku) przede wszystkim wtórne i jakoś nudniej napisane.

Zirytowało mnie to dzieło już na wstępie, nie meritum co prawda, bo na to czas przyszedł później, ale to nie oznacza, że mniej się moja irytacja liczy. Autorka bowiem, moje drogie, przeprasza potencjalnych odbiorców męskich, że się ośmiela w swoim dziele zwracać do czytelniczki, nie do czytelnika. Nie no, serio? Kajać się przed mężczyzną, że doświadczy on tego, czego kobieta doświadcza tak często, że nawet nie zauważa? Usprawiedliwiać się, że się będzie posługiwać rodzajem gramatycznym właściwym połowie ludzkości, żeby tej drugiej przypadkiem nie zabolało ego? Niby mała rzecz, a potrafi rozsierdzić. Trudno, przełknęłam.

Zaraz potem autorka zaatakowała mnie sugestią, że skoro czytam jej książkę, to znaczy, że poszukuję odpowiedzi na ważne pytania o istotę dobrobytu i sens życia, co natychmiast skojarzyło mi się z jednym księdzem katechetą, który moje pytanie o to, czy papież nosi wyłącznie białe spodnie, zdiagnozował jako nieświadome poszukiwanie Jezusa i nie dawał sobie wytłumaczyć, że miejsce przebywania rzeczonego jest mi doskonale obojętne. Tu nie mam żalu, nie da się bowiem przewidzieć, co komu kiedy nagadali księża katecheci, istoty znane z nieskończonej inwencji.

No ale. Zirytowało to zirytowało, przynajmniej trzy razy w tygodniu mnie coś irytuje, a i to w spokojniejszych okresach, wiec gdyby się skończyło na tym, słowa bym nie powiedziała. Dzieło jednak miało na mnie wpływ głębszy: zainspirowało mnie do porządków w szafie. Długo siedziałam i czekałam, aż mi przejdzie, gdyż chęć uporządkowania czegokolwiek to nie jest stan dla mnie naturalny, podchodzę zatem do niej z pewną nieufnością. W konsekwencji proces porządkowania rozpoczęłam dobrze po kolacji, za to z wielkim rozmachem, to znaczy wywalając wszystko na podłogę. Założenie było takie, by rzeczy do noszenia odkładać na krzesło, a resztę w estetyczne stosiki: do wywalenia, do oddania, do krawcowej, do czasu, aż schudnę. Wkrótce okazało się, że krzesła spod ubrań nie widać, a estetyczne stosiki mają charakter jednej niepowalającej wizualnie kupy. Całe to porządkowanie szybko zaczęło mi się zresztą nudzić. Nie poddałam się, choć rozważałam w międzyczasie oczyszczające działanie płaczu i zgrzytania zębów. Super sposób na spędzenie wieczoru, nie ma co.

Przy okazji, bo ileż można o tym płaczu i zgrzytaniu, analizowałam też opisaną w książce kwestię maszynki do mięsa. Przedstawia się on następująco:

Dużym kłopotem bywają wielkogabarytowe urządzenia, które są nam potrzebne więcej niż jeden raz. Pamiętam zasłyszaną gdzieś historię o maszynce do mielenia mięsa – jest to spory sprzęt, z którego nie korzysta się aż tak często. Bohaterka tej opowieści, gdy potrzebowała zmielić mięso, pożyczała maszynkę od kogoś w rodzinie. Zdarzało jej się to sporadycznie, więc nie chciała kupować takiego urządzenia. Zgadnijcie, co po pewnym czasie znalazła pod choinką jako świąteczny prezent. Dokładnie – nowiutką maszynkę do mięsa; z dedykacją: „Żebyś nie musiała więcej pożyczać”.

Katarzyna Kędzierska, „Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce”

Problem to ja faktycznie tu widzę, lecz chyba nie tam, gdzie autorka, która Przypowieść o Maszynce umieszcza w rozdziale o pozbywaniu się nadmiaru i poprzedza ją radą, by zastanowić się, których urządzeń używa się na co dzień i tego kryterium trzymać się przy minimalizowaniu wyposażenia kuchni. Już nawet pomińmy ten aspekt sprawy, że maszynki do mięsa (ale do maku) wszyscy potrzebują z reguły w tym samym czasie, to znaczy głównie przed świętami, i weź się tu teraz człowieku zastanawiaj, czy tym razem Mariolcia przyjdzie po maszynkę do ciebie, czy do cioci Stasi, a tu mak na makowiec, ser na sernik, mięso na pasztet. Chodzi o kwestię bardziej ogólną, o której wspominała już kiedyś Olga. Nie możemy wszystkie być minimalistkami. Ktoś musi mieć, by nie mieć mógł ktoś, bo inaczej od kogo pożyczysz to wszystko, czego nie chcesz trzymać w domu, komu oddasz niepotrzebne swoje szpargały? Kto będzie rannym łosiem? Niezagracona przestrzeń jest dla wybranych.

Do których nie należę (nie, żebym chciała), o czym dobitnie świadczy fakt, że z porządku w szafie wynikło póki co tyle, że część rzeczy popakowana w siatki stoi pod ścianą i czeka na rozwój sytuacji. A najwięcej miejsca i tak zajmowała kołdra, którą wystarczyło przełożyć na górną półkę. Mogłam to zrobić od razu, bez całego tego procesu segregacji. Dzięki, minimalizmie. Tego zmarnowanego wieczoru długo ci nie wybaczę.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Porządkowanie szafy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s