Cała prawda o lekarskich dzieciach

trzustka-i-okolica-by-wiki
Źródło

Ludzie mają dziwne wyobrażenia na temat lekarskich dzieci. Na przykład takie, że są one przez całą rodzinę usilnie wypychane na studia medyczne. Albo że rodzice dbają, by prowadziły one zdrowy tryb życia, a na dodatek w kółko badają je na jakieś dolegliwości. W niniejszej notce, jako córka i wnuczka lekarzy, pozwolę sobie przedstawić dziesięć aspektów życia lekarskiego dziecka, które pozwolą wam poznać prawdę.

 

  1. Dziecko takie już w wieku trzech lat ma nie tylko ulubiony kolor, ulubioną bajkę i ulubioną zabawkę, ale również ulubiony narząd wewnętrzny. W moim przypadku była to trzustka, głównie ze względu na swą niejednoznaczną wymowę — mama mówiła „trzustka”, a tata (który jest z Tarnowa. To wszystko tłumaczy) „czustka”, co kojarzyło się z szóstką. Obecnie nie mam ulubionego narządu, mam za to ulubiony guz. Po polsku nazywa się tak sobie, gruczolakowłókniak, za to po łacinie chyba nie ma piękniejszego słowa: fibroadenoma. Ślicznie, prawda?
  2. Nie jest prawdą, jakoby dzieci lekarzy prowadziły zdrowy tryb życia w zdrowym i wolnym od nałogów otoczeniu. Sami lekarze nie prowadzą zdrowego trybu życia, ponieważ przeważnie są w pracy, gdzie mają lepsze rzeczy do roboty, niż zajmować się jakimiś trybami, a potem nie mają siły pilnować, by ich dzieci na pewno nie zrobiły nic niezdrowego. Znaczy, jasne, w podstawówce prowadzali nas na basen i czasem sugerowali, byśmy wyszli na pole zamiast tkwić przed ekranem, ale nigdy nie było to w centrum ich zainteresowań. A poza tym upodobanie do papierosów mam po mamusi, która ma je z kolei po babci*.
  3. Ze zdrowym żywieniem też nie jest im jakoś szczególnie po drodze. To znaczy, oczywiście, nie oznacza to jedzenia wyłącznie rzeczy niezdrowych, ale komponowanie świeżych, urozmaiconych i zbilansowanych posiłków nigdy nie było dla moich rodziców priorytetem. Prawdę mówiąc, przeważnie na obiad były kotlety. Na pozostałe posiłki to różnie, niekiedy nawet zdrowo, ale czasem… cóż, czasem na kolację jedliśmy parówki smażone. Nie brzmi to jak marzenie dietetyka.
  4. Dzieci lekarzy ponadto nie jadają raczej suplementów diety czy innych witaminek. Sama jako dziecko spożyłam w sumie jakieś pół tubki takiego specyfiku, mającego w tym przypadku formę żelu, a i to tylko dlatego, że ktoś przywiózł w prezencie z zagranicy. Rzeczony specyfik rodzice traktowali jak egzotyczne słodycze i trzymali na lodówce, żebyśmy z bratem nie skonsumowali całego za jednym posiedzeniem ani nie wysmarowali nim siebie i otoczenia. Smak pamiętam do tej pory.
  5. Takie drobiazgi jak przeziębienie czy umiarkowany ból jakiejś części ciała traktowane są dość lekko. Nie wystarczy powiedzieć „Mamo, źle się czuję”, by nie iść do szkoły. Trzeba móc przedstawić twarde dowody: gorączka (rzetelna, a nie byle stan podgorączkowy), porządnie zaczerwienione gardło, powiększone węzły chłonne, etc. Nie należy przy tym oczekiwać, że rodzice jakoś szczególnie się zmartwią. Dadzą lekarstwa, jak trzeba, to pozwolą zostać w domu, ale to tyle. Nie dlatego, że są ludźmi o kamiennych sercach — po prostu w pracy mają wystarczająco dużo pacjentów, którzy w wyniku swoich chorób mogą na przykład umrzeć, żeby nie przejmować się za bardzo dolegliwościami wymagającymi kilku dni zwolnienia.
  6. Dlatego też, jak wspomniałam we wstępie, nie badają w kółko swoich dzieci. Robią to wtedy, gdy zachodzi taka potrzeba. Jedyny raz, kiedy zostałam przebadana bez związku z dolegliwościami czy profilaktyką, też nie był badaniem dla hecy. Moja mama potrzebowała mojego mózgu do doktoratu. Podobno tak mózg, jak i doktorat, wyszły bardzo ładnie.
  7. Za to pod innymi względami takie lekarskie dziecko ma lepiej niż jego rówieśnicy. Nie musi na przykład chodzić do obcych lekarzy, a już na pewno nie państwowo. Raz, że z pierdołami nie lata, bo z tym to sobie rodzice poradzą, dwa, że jak już idzie, to raczej nie jak zwykły śmiertelnik. Dlatego między innymi tak mnie raduje pakiet medyczny od mojego pracodawcy — działa podobnie, też nie trzeba za długo czekać ani za dużo płacić, a pomija element marudzenia rodzicom, którzy, pamiętając me próby migania się od szkoły (patrz wyżej), prezentują wobec konieczności leczenia mnie z czegokolwiek pewien sceptycyzm.
  8. Bardzo miłym efektem ubocznym bycia wychowywanym przez lekarzy jest absolutna odporność na tematy konwersacji uważane przez niektórych za obrzydliwe. Krew, flaki, wydalanie i inne rzeczy, o których nie przystoi wspominać damom, nieraz były wspominane przy rodzinnym obiedzie. Sam z siebie człowiek rzecz jasna tych tematów nie podejmuje, chyba że się zapomni, ma bowiem świadomość, że inni ludzie mogą być nieco bardziej delikatni, ale co do zasady nie ma nic przeciwko.
  9. Innym przyjemnym skutkiem ubocznym jest pewna drobna supermoc: umiejętność połknięcia każdej, nawet największej, tabletki, jeśli zachodzi taka konieczność, to nawet bez popitki. Nie jestem co prawda pewna, czy jest to kwestia wychowania, czy tak po prostu mam, ale jak się już ma supermoc, należy się nią chwalić.
  10. I wreszcie te studia. Nie zliczę, ile razy pytano mnie, czemu nie poszłam na medycynę, nie chciałam iść na medycynę, oraz czy nie byłam namawiana, żeby iść na medycynę. Nie poszłam, bo mnie to nie interesowało, presji żadnej nikt na mnie nie wywierał, widać zresztą było, że się nie nadaję. Trochę szkoda, bo to dobry zawód i nawet interesujący, ale żywię głębokie przekonanie, że jestem lepszą tłumaczką niż mogłabym być lekarką. To jest ostatecznie praca z ludźmi, w dodatku czującymi się nie najlepiej, a zatem drażliwymi, marudnymi, i w ogóle gadaj tu z takim. Ja rozumiem, że oni są drażliwi i marudni nie bez powodu, ale nawet z ludźmi w świetnych nastrojach nie chciałabym mieć na co dzień służbowo do czynienia**.
    I żeby nie było, że stanowię jakiś niesamowity wyjątek, na romanistyce studiowały ze mną przynajmniej dwie lekarskie córki, mój własny brat jest z wykształcenia pedagogiem, koleżanka, której mama pracowała z moją, jest psycholożką, zaś jej bracia studiowali bądź studiują coś, po czym ma się przed nazwiskiem inż. a nie lek. Przykładów znalazłoby się zresztą więcej.

Mam nadzieję, że niniejsza notka w sposób ostateczny i nieodwołalny rozprawiła się z waszymi fałszywymi przekonaniami. Ja tymczasem oddalam się do rodziców. Na kolację i po receptę.

 

*Babcia chyba ma je sama z siebie.

**No dobra, jeśli chce się być lekarką, a jednocześnie nie spotykać w kółko jakichś ludzi, zawsze można zostać radiolożką, jak moja mama. Radiolog głównie siedzi i pisze. Wygląda to jak praca biurowa, tylko że ważniejsza i w fartuchu.

Reklamy

8 uwag do wpisu “Cała prawda o lekarskich dzieciach

  1. Też będąc młod(aw)ą wnuczką i córką lekarek zgadzam się w 100%.

    Mama jest nefrologiem, więc naturalnie nerka to mój ulubiony narząd, a wędrująca nerka ulubioną dolegliwością. Tak, jęczenie nie pomaga, może najwyżej zaowocować: „No to weźże se coś!”. Dokładne przebadanie zdarza mi się, kiedy mama chce przetestować nowy sprzęt do USG zanim zajmie się ruchliwymi pacjentami (nie dość, że nefrolog, to na domiar złego pediatra). Dlatego parę lat temu grupka lekarek z Prokocimia międliła mnie głowicą do USG zanosząc się ze śmiechu odkrywszy, że mam dodatkową śledzionę, i to „śmieszną”. Co do studiów – i babcia, i mama były zgodne, że nie ma sensu, żebym się tyle lat męczyła, jeśli nie chcę i nie nadaję się na studia medyczne (i tym bardziej do pracy).

    Polubione przez 1 osoba

      • Taa… pocieszanie dzieci w stylu: „Ale ty masz takie piękne jelitka”. A smażone parówki (czasem jeszcze z żółtym serem!) na kolację to u nas standard (choć robione przez ojca nie-medyka).

        Jeszcze nie wiem, czy też tak miałaś, ale u mnie w szkole inne dzieci z góry zakładały, że skoro mam mamę lekarza (lub babcię, która dużą część z nich leczyła) to sama mam jakąkolwiek wiedzę medyczną (poza wymienianiem nieskończonej listy nazw diuretyków czy leków immunosupresyjnych poznanych z długopisów i notesików oraz wiedzą, że najlepiej obrazić kogoś mówiąc, że ma IQ równe hematokrytowi) i radzenie się. Najlepsze było, kiedy w gimnazjum koleżanka przyniosła mi wyniki badania moczu abym to JA jej wytłumaczyła ocb.

        Polubione przez 1 osoba

      • E, nie, z tymi dziećmi tak nie miałam. Za to byłam już dorosła, jak mi u ginekologa powiedziano, że mam śliczną szyjeczkę.
        Co do parówek, obecnie jadam je rzadko, a jeśli już, to sojowe. Je też można smażyć

        Polubione przez 1 osoba

  2. Ad. 1. I dlatego wyzywałaś brata „ty fibroadenomo!”
    Ad. 2. Skad ma babcia toja wiem, ale Ci nie powiem
    Ad. 3. A jak Ci robiłam urozmaicone zdrowotne kanapki do szkoły to było: nie rób mi z pomidorem bo się wyślizguje; nie rób mi z jajkiem bo śmierdzi itp. To się nie dziw, że na kolację były parówki, które najwidoczniej spełniały Twoje wymogi estetyczne.
    Ad. 4. Widocznie Twoja niezdrowa dieta zawierała wystarczającą ilość składników odżywczych, bo żadnej awitaminozy nie dostałaś.
    Ad 5. Też tak miałam, a jak nie chciałam iść do szkoły, to lepiłam pierogi
    Ad. 6. W końcu jesteś moim dzieckiem, to jaki masz mieć mózg?
    Poza tym nie mam uwag.

    Polubione przez 2 ludzi

  3. Brat mojej mamy i jego żona są lekarzami. Ich starszy syn również, młodszy z zawodu jest dyrektorem. Na długo pozostanie mi w pamięci Wigilia, na której byłam ja, przyjechana z malutkim (2 lata) dzieckiem z drugiego końca Polski i oni – obaj kuzyni z gorączką i megagrypą. Oczywiście dziecko się zaraziło, ja spędziłam dodatkowy tydzień u mamusi, nie mając urlopu, a oni nie rozumieli, czemu ja właściwie mam coś do powiedzenia inminus. Bo rodzice im powiedzieli, żeby szli (towarzystwo było w wieku późnolicealnym wtedy). No i o co cho w ogóle.
    Tak że ten, do lekarzy i ich dzieci mam stosunek ambiwalentny.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s