Poranek superbohaterki

Opowiadanie powstało na podstawie pewnego snu. Odnoszę wrażenie, że był bardziej dramatyczny.

golab_w_locie
Źródło

Zanim gołąb grozy zaatakował miasto, Maria Walczak, trzydziestopięcioletnia pielęgniarka zamieszkała na osiedlu Podwawelskim, zdążyła wrócić do domu o nocnej zmianie w pracy, robiąc po drodze zakupy, przebrać się w ciuchy na po domu, załadować pralkę, nastawić rosół i zacząć zmywać naczynia. Jedno, czego nie zdążyła, to usiąść. Szorowała właśnie patelnię, gdy odebrała wiadomość o ataku.

Maria Walczak nie mogła niestety, w przeciwieństwie do większości mieszkańców, włączyć telewizora i z mieszaniną fascynacji i lęku obserwować rozwoju sytuacji. To ona musiała opanować sytuację. Była bowiem lokalną superbohaterką. Dlatego, niewiele myśląc, zakręciła kran, otworzyła okno i, wciąż trzymając w ręku patelnię, skoczyła. Wzniosła się płynnie nad osiedlem. Gołąb grozy, ogromne ptaszysko o ludożerczych skłonnościach, był już blisko. Pierwotny instynkt pchał go, jak wszystkie gołębie grozy, które od czasu do czasu atakowały miasto, na rynek.

Maria lubiła w nich tę przewidywalność. Człowiek przynajmniej wiedział, co ma robić. Rzecz jasna, sprawiało to, że walka z nimi nie była wielkim wyzwaniem, ale nie dla wyzwań Maria została superbohaterką. Prawdę mówiąc, została nią dlatego, że supermoc nie wybiera. Po prostu rozwija się w człowieku albo nie. Teoretycznie można ją ukryć, nie przyznawać się do niej, nie trenować. Ale tego Maria nie potrafiłaby zrobić — tak po prostu odrzucić moralnego zobowiązania. Zresztą w wieku dojrzewania, kiedy to moc ma w zwyczaju się ujawniać, człowiek nie myśli o praktycznych kwestiach: że z samego superbohaterstwa się nie wyżyje, bo żeby utrzymać się za tyle, ile płaci miasto, trzeba by załatwiać jakiegoś potwora przynajmniej dwa razy w miesiącu, a wziąwszy pod uwagę, że w samym Krakowie aktywnych jest sześciu superbohaterów, taka częstotliwość może nie zdarzyć się w ciągu całej dekady, że nie jest wcale łatwo łączyć taką działalność z życiem zawodowym i prywatnym, że wzrasta ryzyko urazów… O tym wszystkim większość superbohaterów nie powinna w takiej sytuacji myśleć. Ale nie Maria. Jej moc dawała jej nie tylko zdolność latania, lecz również umiejętność przetwarzania negatywnych uczuć w pociski. Dobrze wycelowana frustracja potrafi zdziałać cuda.

Teraz Maria skumulowała w dłoni całe swoje zmęczenie. Tworzyło wielką, zbitą kulę. Oceniła stan gołębia, po czym odjęła połowę. Gdyby zaaplikowała mu wszystko, gotów był zwalić się nieprzytomny wprost na Rondo Grunwaldzkie, co oznaczało utrudnienia w ruchu, a być może także ofiary w ludziach. Nawet przy rutynowym starciu z gołębiem grozy trzeba myśleć, co się robi. Zwłaszcza, jeśli w pobliżu lata już helikopter stacji telewizyjnej, jak zwykle utrudniający akcję w imię emocjonującej relacji. W takich chwilach Maria żałowała, że nie dopadło jej wypalenie zawodowe. Posłałaby je całe w stronę załogi. Odechciałoby im się pchać gdzie nie trzeba.

Ugodzony, ptak zatrząsł się i zwolnił. Maria zaaplikowała mu porcję zniechęcenia. Miała nadzieję, że skłoni go to do odlotu do gniazda, gdziekolwiek się ono znajdowało, pomyliła się jednak. Stworzenie straciło bowiem ochotę do dalszego lotu, było jednak najwyraźniej na tyle głodne, że postanowiło pożywić się na miejscu, rezygnując z pożywnych turystów na rzecz czekającej na tramwaj ludności lokalnej. Głupi błąd, ale czego się spodziewać po tylu godzinach na nogach, jeśli nie rozkojarzenia? Je jednak również można było wykorzystać. Maria trzepnęła nim zwierzę prosto w głowę. Zadziałało. Potwór mało nie upadł, zapomniawszy, gdzie i po co właśnie pikował, po czym uniósł się ponownie i rozejrzał dokoła. Ten moment wykorzystała Maria, by zwrócić na siebie jego uwagę. Wymachując patelnią, pomknęła ku Wiśle, kierując się w stronę Kazimierza. Gdyby coś poszło nie tak, lepiej nie ryzykować zniszczenia Wawelu.

Ptak podążył za nią. Udało jej się sprowadzić go nad lustro wody. Musiała teraz wznieść się nad jego głowę. Nie było to łatwe, gdyż okazała się właśnie najłatwiej dostępną przekąską w okolicy. „Chce mi się pić, chce mi się pić…” — myślała gorączkowo, umykając przed ostrym dziobem potwora. Zamierzała wywołane w ten sposób pragnienie przelać w zwierzę, by zainteresowało się raczej rzeką, niż nią. Na próżno. Wtedy właśnie ze stopy zsunął się jej pantofel. Stworzenie, dość już skołowane, uznało go najwyraźniej za element jadalny, rzuciło się bowiem za nim. Maria wykorzystała ten moment, by, wykonawszy w powietrzu osobliwy piruet, zdzielić stworzenie patelnią w tył głowy. Podziałało. Potwór zwalił się z pluskiem do wody. Supermoce supermocami, ale zawsze dobrze mieć w ręku ciężki metalowy przedmiot.

Maria powoli odleciała w stronę swego mieszkania. Być może lepiej byłoby, gdyby wylądowała dyskretnie pod mostem, po czym wmieszała się w tłum, ale miała na sobie tylko jeden but. Poza tym jak najszybciej chciała znaleźć się u siebie.

Zamknąwszy okno i zszumowawszy rosół, nalała sobie szklankę wody i usiadła przy stole. Zapaliła papierosa. Powinna wziąć prysznic i trochę posprzątać, zanim pójdzie odebrać dziecko ze szkoły, ale chciała najpierw trochę odsapnąć. Zadzwonił domofon. Przeklęła szpetnie i wstała.
— Kto tam? — zapytała.
— Telewizja. — odparł radosny głos damski. „Idźcie w cholerę” — chciała powiedzieć Maria, ale nie powiedziała. Wpuściła ich. Szybkim krokiem wróciła do kuchni, zdusiła papierosa w popielniczce, paczkę wrzuciła do szuflady ze sztućcami. Wiadomo, co opinia publiczna sądzi o palących superbohaterkach zatrudnionych w służbie zdrowia. W przedpokoju spojrzała jeszcze w lustro. Nie było dobrze: makijaż pamiętający wczorajsze popołudnie, włos w nieładzie, spodnie od dresu, stara koszulka z napisem „Nie mów do mnie siostro”. Trudno. Teraz i tak nic się na to nie poradzi.

Ludzi z telewizji, kamerzystę i dziennikarkę o nieskazitelnym wyglądzie, zaprowadziła do dużego pokoju. Pierwsze pytania były takie, jakich się spodziewała:
— Co pani czuła, gdy walczyła pani z gołębiem grozy?
— To kwestia obowiązku wobec społeczeństwa, nie uczuć. — skłamała gładko. Nie był to dobry moment, by mówić o zmęczeniu, zniechęceniu, frustracji. W jakimkolwiek kontekście.
— Czy nie obawiała się pani o swoje życie?
— Gdy miasto jest zagrożone, nie ma to znaczenia. — i tak dalej. Mówiła to, czego nauczyli ją na kursach doskonalenia zawodowego dla superbohaterów. Nie miała nawet siły wymyślić nic innego. „Dejże spokój. Idź sobie.” — myślała przy tym.
— Widzę, że bardzo dba pani o nieskazitelny wizerunek superbohaterki. Dlaczego zatem, pomimo, nie ukrywajmy, dobrych warunków fizycznych, nie stanęła pani do walki w stroju, który podkreślałby pani atuty, a jednocześnie bardziej kojarzył się z pani zajęciem? — brzmiało kolejne pytanie. Tego się nie spodziewała.
— Gołąb grozy oderwał mnie od mycia garów. — warknęła. Zabrzmiało to bardziej nieprzyjemnie, niżby chciała. — Poza tym czy męskim superbohaterom też zadajecie takie pytania?
— Jeśli już jesteśmy przy mężczyznach, — rozpromieniła się dziennikarka — to co pani mąż na to, że pani, chwalebna rzecz jasna, działalność, odrywa panią od obowiązków domowych.

W palcach Marii zalśniła kula gniewu. Nic nie odpowiedziała.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s