Opowieść o dwóch zupach

imh_9186deszcz
Źródło

Najjaśniejszym punktem tego niezbyt udanego (w przeważającej mierze ze względów atmosferycznych) tygodnia była zupa ogórkowa. Od wtorku do piątku rozświetlała mi dzień, przypominając o istnieniu piękna i dobra we wszechświecie. Lecz czy zwykła domowa zupa w zwykłym talerzu z Arcorocu, nieprzyozdobiona kleksem śmietany ani kawałkiem zielska, może być piękna? Cóż, piękno jest w oku patrzącego.

Tak naprawdę ugotowane zostały dwie zupy, jedna dla mnie, druga dla Mateusza, gdyż w pewnych kwestiach nie ma miejsca na kompromisy. Nasze wizje ogórkowej różnią się diametralnie. W zasadzie rozchodzą się tuż po dodaniu wody spod kiszonych do rosołu z wczoraj. Moja zupa jest jasna, gładka i szlachetnie prosta, nieskażona najmniejszym farfoclem, podczas gdy jego zawiera tarte ogórki, tartą marchewkę i pokrojone w kostkę ziemniaki. ZIEMNIAKI! Nie jestem w stanie tego zaakceptować.

Moja ogórkowa oprócz wody spod ogórków i rosołu z wczoraj (ewentualnie kostki rosołowej, czy jakiejkolwiek innej bazy) zawiera dwie rzeczy: ryż i rozbełtane żółtko do zagęszczenia. Żadnych, za przeproszeniem, śmieci. Najlepiej przygotować ją dnia poprzedniego, by ryż mógł przejść smakiem. Niewystarczająco kwaśny ryż to wyjątkowo bolesne rozczarowanie.

A ja w tym tygodniu nie mogłam sobie na bolesne rozczarowania pozwolić. Wystarczająco bolesna była szarość za oknem, wstawanie z łóżka pomimo wszelkich znaków na niebie i ziemi wskazujących na konieczność hibernacji, informacje o tym, co jeden czy drugi palant znów powiedział o kobietach, fakt, że czytając felietony Boya, można dojść do wniosku, że w tym kraju nic się nie zmienia, zapomniana na wiele miesięcy tęsknota za piąteczkiem*, jak również wszystko inne. Nie jest to sytuacja komfortowa, tak jak komfortowa nie jest jesień, wbrew temu, czego uczą nas w szkole. Lecz co poradzić, taki mamy klimat. I tylko ogórkowa może nas uratować.

*Nienawidzę publicznego wyrażania tęsknoty za piąteczkiem. Nie lubię jej też u siebie i bywają okresy, w których jej nie odczuwam. Mam fajny zawód i przyzwoitą pracę w tymże zawodzie, a weekend jest dla mnie raczej okazją do pospania do dziewiątej niż do ostrego melanżu. Znajdując się w tak szczęśliwym położeniu, nie widzę powodu, dla którego miałabym się nad sobą użalać. Dlatego pojawienie się takiej potrzeby tak bardzo mnie uwiera. Poza tym czasem w weekend robię jakieś zlecenie, więc co to właściwie za różnica, jaki jest dzień tygodnia?

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Opowieść o dwóch zupach

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s