Przeczytane w październiku 2016

Ponieważ październik uprzejmy był wreszcie minąć, pora na „przeczytane”. Wiem, że nie jest to wasz ulubiony typ notek, ale piszę je chyba bardziej dla siebie niż z jakichkolwiek innych powodów. Nie pozwalają mi zarzucić pisania, nawet jeśli w drugiej połowie miesiąca dopada mnie zniechęcenie. Poza tym polubiłam prowadzenie listy przeczytanych książek, choć nie jestem miłośniczką list. Na zakupy bardzo rzadko chodzę z kartką, a gdy raz zażądał takiej kartki Mateusz, otrzymał dzieło następującej treści:

  • Rzeczy na zupę
  • Majonez
  • Picie

Bardzo konkretne, prawda? List rzeczy do zrobienia nie przygotowuję prawie nigdy i raczej w ramach prokrastynacji niż czegokolwiek innego. Potem i tak je gubię. Z książkami mi jednak wychodzi. pewnie dlatego, że samo notowanie planowanych lektur zwiększa mi liczbę lektur przeczytanych, gdyż w ten sposób, jeśli coś mnie zainteresuje, nie zapominam, co to było, a nie, że na przykład po tygodniu wiem już tylko, że na okładce był chyba samolot albo że autorka miała na imię Anna, a książka była o jakiejś babie. To chyba oznacza, że samo badanie mające na celu zmierzyć liczbę czytanych przeze mnie w skali roku pozycji, by określić, czy 52 książki rocznie to dla mnie dużo czy mało, zostało źle zaprojektowane. Musiałabym się bratowej zapytać albo Mateusza, ale oni dziś każde na własnym grobingu.

Źle czy dobrze, drugi rok już trwa i trwać będzie dalej, bo jak wspomniałam, pozytywnie mi wpływa na regularność pisania, porzućmy zatem te metodologiczne rozważania, i przejdźmy do rzeczy.

  1. W październiku przyssałam się do felietonów Boya-Żeleńskiego. Przeczytałam następujące zbiory: „Brązownicy”,
  2. „Dziewice konsystorskie”,
  3. „Słowa cienkie i grube”,
  4. „Ludzie żywi”,
  5. a w końcu także i „Piekło kobiet”, do którego zabierałam się jak pies do jeża, bo wyjątkowo mnie w tej kwestii przygnębia, jak bardzo w Polsce nic się nie zmienia (nie żeby w innych się tak znowu bardzo zmieniało).
  6. W przerwie między Boyami przeczytałam też „Króla” Szczepana Twardocha. Ja może jestem osobą prostą i intelektualnie niewyrobioną, ale najbardziej podobała mi się w tej książce ta warstwa, która idealnie pasowałaby na film z Bogusławem Lindą. Lubię filmy z Bogusławem Lindą. Doczepianie na siłę wielorybów już, jak się okazuje, niekoniecznie.*
  7. W międzyczasie sięgnęłam również po „Jak każe obyczaj” Edith Wharton, a uczyniłam to ze względu na tłumaczkę, Karolinę Rybicką, z którą studiowałam przekładoznawstwo.
  8. Ponadto przeczytałam „Chujową Panią Domu” Magdaleny Kostyszyn. nie przemówiło to do mnie. Chyba mam inne poczucie humoru.
  9. Powróciłam też do tematu minimalizmu, czytając „Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków” Marty Sapały. Nawet ciekawe.
  10. Poza tym jak zwykle, kryminały, bo bez trupa się przecież nie liczy. Najpierw oczywiście „Rozdartą zasłonę” Maryli Szymiczkowej (czyli Dehnela i Tarczyńskiego), jestem bowiem fanką profesorowej Szczupaczyńskiej.
  11. Potem „Rzeźniczkę z Małej Birmy” Nessera, żeby już zamknąć cykl z Barbarottim. Prawdę powiedziawszy, wolę Van Veeterena, ale o nim przeczytałam już wszystko.
  12. A na koniec dwa Simenony — „Maigret i goście z Europy Wshodniej” i
  13. „Chińskie cienie”.

Miałam też w planach „Kaśkę Kariatydę” Zapolskiej, ale przerwałam w połowie. Pewnie wrócę do niej w przyszłym miesiącu.

* Mam też zastrzeżenie do researchu (Nie ja jedna zresztą, ale na przedwojennej Warszawie się nie znam i jeżeli nigdzie nie ma nic o Pałacu Kultury, to nie zwrócę uwagi). W dziele czytamy mianowicie „Sportów nie uprawiała, tego był pewien, znał się przecież na tym, prawie nie miała mięśni, kości od skóry oddzielała tylko cieniutka i wyjątkowa, jak mu się wydawało, seksowna warstewka tłuszczu. Tylko tyłek i uda miała umięśnione. Zastanowił

pippi-ponczoszanka1
Źródło

się chwile i uznał, że jeździ konno. To by do niej pasowało, jeździectwo, to panienka z jej klasy mogłaby uprawiać. Konie albo tenis, ale nie miała ramion ani bicepsów tenisistki”. Coś mi tu zgrzytnęło od razu, ale pewności nie miałam. Zapytałam zatem siostrę cioteczną, która końmi zajmuje się zawodowo, i okazało się, że zgrzytnęło mi słusznie, jazda konna bowiem wyrabia mięśnie ramion, w szczególności zaś bicepsy i tricepsy. I to nie tylko w sytuacji przedstawionej na zamieszczonej tu ilustracji.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s