Wszystko przemija

Od rana szukam ilustracji do mojego snu, był to bowiem sen w formie książki dla młodzieży. Starej, na pożółkłym papierze, jak te wszystkie Siesickie ze szkolnej biblioteki. Jestem pewna, że gdzieś już widziałam jeśli nie konkretny rysunek, to przynajmniej tę kreskę.

Narratorem mojego snu jest chłopak. Opowiada o dziewczynie, która przyjechała do jego miasta uczyć się w szkole średniej. Mówi o niej z czułością. Wiadomo jednak, że potem coś się stało, że jedno nie zawahało się skrzywdzić drugiego dla własnej korzyści. Nie wiadomo, czy on ją, czy ona jego. Chyba ona jego, ale nie ma pewności. Chłopak uważa, że było to działanie uprawnione, i że nie dało się go uniknąć. Chyba żałuje, że zakończyło ich znajomość. Związek? Przyjaźń? Nie ma jednak pretensji ani do niej, ani do siebie. Wszak wszystko kiedyś się kończy.

To byłaby dobra książka, gdyby ktoś ją napisał.

***

Mateusz gotował właśnie zupę, gdy zadzwonił zleceniodawca.
— Ze wstydem wyznaję, że zrobiłem panu przelew. — rzekł.
— Ależ dlaczego, wszak czyn to chwalebny? — zdziwił się Mateusz.
— Bo panu netto wyszło trzysta czterdzieści złotych. A ja panu przesłałem trzysta czterdzieści tysięcy.
Mateusz zamyślił się nad możliwością pomylenia się o taką liczbę zer, pofantazjował o ucieczce do Meksyku, zjadł zupę, po czym wszedł na konto i wykonał przelew zwrotny na kwotę trzystu trzydziestu dziewięciu tysięcy sześciuset sześćdziesięciu złotych. Ale wcześniej zrobił zrzut ekranu. Dzięki temu nigdy nie zapomnimy, że przez chwilę byliśmy ludźmi zamożnymi.

***

Dom mojej babci opiera się niekoniecznym zmianom. Wymieniane są żarówki, cerata na stole, kalendarze w kuchni, przybywa zdjęć coraz starszych dzieci i wnuków; w pierwszej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku usunięto z salonu jedną z dwóch wersalek, kilka lat później przy schodach na piętro dokręcono poręcz, zdjęto ze ściany w przedpokoju kalendarz z różą, na rok chyba 1984 — w przeciwieństwie do kalendarzy kuchennych, przeważnie z papieżami i matkami boskami, nie służył on do obrazowania upływu czasu, lecz do zapisywania numerów telefonów: gdzieniegdzie widać było dopisaną innym długopisem siódmą cyfrę na początku — i zastąpiono go arkuszem brystolu, na którymi wyraźnie wykaligrafowano czarnym flamastrem najważniejsze numery, ostatnio kupiono nowy telewizor. Cała reszta pozostawała niezmienna. Kolor ścian. Układ mebli. Same meble. Waga szalkowa stojąca na kredensie, zdejmowana w razie potrzeby (na przykład 14 marca 1965 roku, gdy ważono na niej mego świeżo narodzonego ojca*) i odkładana zawsze w to samo miejsce. Kosz z plastikowymi owocami w najmniejszym pokoju na górze. Froterka w kącie kuchni. Słomianka na ścianie przy jednym z łóżek. Siatka z kolibrem w łazience na dole.

No właśnie, siatka. Kiedy ostatnio byłam u babci, okazało się, że —jak kalendarz z różą — ona również zniknęła.

* Babcia zawsze wierzyła raczej w medycynę niż w łączność z matką naturą i temu podobne, ale karetka nie zdążyła dojechać.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s