Rozczarowania

Czasem, pogrążeni w kontemplacji dobra i piękna, nie mówiąc już o prawdzie, skupieni na pozytywnym myśleniu i odkrywaniu jasnych stron życia, zapominamy o codziennych drobnych rozczarowaniach. Jednak one także stanowią część naszej egzystencji. Czy można przechodzić obok nich obojętnie? Wystarczy przecież zatrzymać się na chwilę i zastanowić, by zauważyć je, odkryć w sobie i w otoczeniu. Co też uczyniłam.

enhanced-27793-1443653958-2
Rozczarowany lemur

Pierwszym rozczarowaniem ostatniego tygodnia była zupka instant Vifon Pho. Tak już bowiem bywa w życiu, że, skoncentrowani na sprawach ducha i pogłębianiu świadomości (w moim przypadku była to świadomość zasady działania silnika indukcyjnego), nie zauważamy pustki w naszych lodówkach. W tej sytuacji sięgamy niekiedy po środki, które nie przyszłyby do głowy naszym prababkom, babkom zaś jedynie w ostateczności. Czyli po zupkę chińską. Zaklinam as, nie popełniajcie tego błędu i nie wybierajcie zupki Vifon Pho. Pozostańcie przy starej dobrej krewetkowej tajskiej. Niech was nie zmylą trzy woreczki ze składnikami zamiast dwóch ani bardziej wymyślne kluski. Pod pozorami luksusu kryje się marność nad marnościami. Po pierwsze, to nawet nie pachnie jak jedzenie. Serio. Mój mózg klasyfikuje ten zapach gdzieś w okolicach chemii domowej (tej ładniej perfumowanej). Smaku nie ma nieomal wcale. A jakby tego było mało, ma niewygodne w obsłudze kluski. To wszystko sprawiło, że już w jednej trzeciej porcji doszłam do wniosku, iż dla takich doznań nie warto narażać wątroby.

O ile rozczarowanie pierwsze łatwo było przełknąć (metaforycznie i tylko metaforycznie), o tyle rozczarowanie drugie było znacznie bardziej dojmujące. W pierwszym przypadku bowiem winić można wyłącznie producenta, który chyba po prostu przestał udawać, że produkowane przez niego jedzenie jest jedzeniem, w drugim natomiast winna byłam tylko i wyłącznie ja. Za bardzo ścięłam sobie jajecznicę, pochłonięta marzeniami o przyszłej sławie i chwale. A że jajecznicę lubię bardzo mało ściętą (za to dobrze posoloną), nawet najmniejsza oznaka nadmiernego przysmażenia sprawia mi głęboki zawód. Tym bardziej, że prawie zawsze upieram się, by tę właśnie potrawę przyrządzać sobie samodzielnie. Do tej pory było to dla mnie gwarancją właściwej konsystencji i przyprawienia (dużo soli, ŻADNEGO PIEPRZU, to zresztą doprawdy trzeba być chyba ze Szczecina, żeby wpaść na podobny pomysł… Co jeszcze?! Chleb bez kminku?! Skwarki w pierogach ruskich?! Ogórkowa z ziemniakami?!), teraz jednak okazało się, że nawet na sobie nie może człowiek polegać.

Rozczarowanie trzecie było zdecydowanie najbardziej bolesne. Pamiętacie te buty, o których pisałam, że ich — w przeciwieństwie do złotych sandałków — nie kupię? Kupiłam. Oczywiście, że kupiłam, to się zawsze tak kończy. Test w warunkach domowych przeszły bezproblemowo, więc poszłam w nich do brata. W efekcie zmasakrowały mi pięty. Nie poddam się jednak, gdyż nawet najbardziej krwawe rozczarowanie nie musi podkopywać naszej woli walki. Zaopatrzona w cały arsenał produktów do przeciwdziałania masakrze pięt, będę podejmować kolejne próby. Ufam, że już pierwsza z nich okaże się udana i cierpienie nie będzie musiało uszlachetniać mnie zbyt długo. Kształcenie kalectwa przez chwalebne blizny nigdy nie było na liście moich priorytetów.

Mam nadzieję, że i wasze rozczarowania mają podobne rozmiary. I jeszcze raz podkreślam z całą mocą: nie kupujcie zupki Vifon Pho. Naprawdę istnieją przyjemniejsze sposoby na pogorszenie stanu wątroby.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Rozczarowania

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s