Przeczytane w listopadzie 2016

Listopad był miesiącem książkowo średnio obfitym. Wszystko przez starania czynione przez mój organizm w kierunku hibernacji. Gdyby nie one, sądzę, że przeczytałabym więcej. Ostatecznie udało mi się nie zasnąć przy:

  1. dwóch kryminałach Kate Atkinson, tj. „Kiedy nadejdą dobre wieści?”
  2. i „O świcie wzięłam psa i poszłam”. To zadziwiające, ale dopiero przy ostatniej części sprawdziłam, jak wymawia się imię zmarłej* siostry głównego bohatera, Niamh. Mianowicie [ˈniːəv].
  3. „Smutku cinkciarza” Sylwii Chutnik. Jest to dzieło dla autorki typowe: Warszawa, bloki, mieszkańcy tychże, wersalka, meblościanka, woń kapusty na klatce schodowej. Czyta się dobrze, ale czegoś mi w nim brakowało. Czego, tego nie jestem w stanie określić.
  4. „Koktajlu z maku” Marty Syrwid. Jest to zbiór tekstów poświęconych złej literaturze, czyli samo dobro. Występuje tam nawet Tomasz Lektorny, który od czasu opublikowania przeze mnie notki o jego powieści generuje mi wejścia na bloga, bowiem nabywcy jego utworów często czują potrzebę pogłębienia wiedzy na jego temat.
  5. „Wte i wewte. Z tłumaczami o przekładach” Adama Pluszki. Zawsze czytając takie rzeczy, zadaję sobie pytanie, jak tłumacze literatury mogą tak bez CAT-ów, jak ludzie pierwotni. Widać mogą, człowiek się do różnych rzeczy przyzwyczaja. Oni się pewnie dziwią, jak ci użytkowi mogą takie mało porywające rzeczy tłumaczyć i nie umrzeć z nudów. W jednym z wywiadów przedstawiona jest na przykład wizja piekła, jako miejsca, gdzie przekłada się w nieskończoność instrukcje obsługi wideł. A co niby jest złego w instrukcjach, a już zwłaszcza w serii instrukcji podobnych produktów? Trafień z pamięci tłumaczeniowej zapewne jak naplute, z terminologią preferowaną przez klienta zdąży się człowiek oswoić, ciągłość zleceń zapewniona, a jak jeszcze klient płaci za setki to już w ogóle miodzio.
  6. „From Frazzled to Fabulous: How to juggle a successful career, fatherhood, «me-time» and looking good”, który to poradnik, jak również fanpage autora, szczerze polecam.
  7. „Tajnikch DYI” Ewy Grzelakowskiej-Kostoglu. Tak po prawdzie wiele do czytania to tam nie było, więc i zasnąć nie było kiedy. Za to obrazki ładne, opisy sposobu wykonania proste i sensowne, a przy tym faktycznie wszystko zostało przemyślane tak, żeby nie trzeba było wydawać ogromnych kwot na samodzielną produkcję tych wszystkich rzeczy.
  8. „Harrym Potterze i przeklętym dziecku”. Dzięki czytanym wcześniej licznym recenzjom wiedziałam, po co sięgam, i nie nastawiałam się na wielkie dzieło. Słusznie. Ale muszę przyznać, że było mniej głupie, niż się spodziewałam.
  9. korespondencji Szymborskiej i Filipowicza wydanej pod tytułem „Najlepiej w życiu ma twój kot”. Miłe, relaksujące (no dobra, rok 1969, połowę którego Wisława Szymborska spędza w sanatorium, a Kornel Filipowicz jest w międzyczasie hospitalizowany, może nie tak bardzo) i ładnie wydane.

Zastanawiam się, czy w grudniu, podobnie jak w zeszłym roku, zrezygnować z kupowania sobie nowych książek. Jeszcze zobaczę. Najpierw skończę „Krótką historię siedmiu zabójstw” i wszystko co z tym związane oraz przeczytam „Czerwonego kapitana” Dominika Dana, którego poleca Królowa Matka**, a potem będę się zastanawiać.

*To nie jest spoiler, ona jest martwa od początku.

**Ja wiem, że to zdanie brzmi tak, że nie wiadomo, czy Królowa Matka poleca dzieło, czy może autora, więc dla spokoju ducha przyjmijmy, że skoro jedno, to i drugie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s