Lemur w drugiej połowie grudnia

Znów tydzień, w którym problemem nie jest brak pomysłów, lecz brak realizacji. Nie mogę się skupić, zmusić, zebrać, sprężyć, a w każdym razie nie wtedy, gdy mi za to nie płacą. Chyba jestem zmęczona. Myślę o oceanach dni wolnych w szkole i na studiach i niewykluczone, że w oku kręci mi się jakaś drobna łezka. Ale wysycha, gdy tylko uświadomię sobie, że ceną za nie jest wykonywanie zawodu nauczycielki. Od razu mi lepiej. I wam też powinno zrobić się lepiej na myśl, że to nie ja uczę wasze dzieci.

À propos dzieci, pamiętam, że gdy byliśmy mali, bawiliśmy się z bratem w Wiadomości. Klękaliśmy na tylnym siedzeniu naszego poloneza przodem do tylnej szyby, tak, by z perspektywy innych użytkowników drogi wyglądać jak prezenterzy w telewizorze, i referowaliśmy zmyślone newsy. Najczęściej pojawiała się fraza „X zginęło, a Y zostało rannych”, gdzie X i Y są liczbami całkowitymi większymi od 1. Dużą popularnością cieszyły się też hektopaskale i zachmurzenie umiarkowane. Ale nawet wtedy wiedzieliśmy, że to tylko dodatek, czymże wszak jest ciśnienie atmosferyczne wobec katastrof, wypadków, zamachów, konfliktów zbrojnych, duchów, morderców i wojny.

To wspomnienie w jakiś sposób mnie uspokaja. Przypomina, że świat zawsze był chujowy, a nie stał się taki ostatnio. A to oznacza, że jakoś to będzie, ludzkość ostatecznie z tym sobie poradzi, jest wszak przyzwyczajona i jeden rok 2016 nie zrobi jej krzywdy większej niż inne. Jak również, że to wyjątkowo nie jest wina millenialsów.

Tymczasem idą święta. Wokół mieszane reakcje. Część radosna, część umęczona, część nastawiona bojowo, gotowa na kolejną porcję konfliktów rodzinnych. Ja jestem z tych radosnych, nie mam powodu, by kwalifikować się do jakiejkolwiek innej grupy. Nawet gotować nic nie muszę, jeśli nie będę chciała, wszystko zostanie mi postawione pod nos. We środę, w dzień wyjazdu do Szczecina do rodziców Mateusza, od rana zachowuję się tak, jakbym chciała się z tej grupy wypisać. Bez powodu. Chyba żeby nie odstawać, czy coś. Ciskam się o wszystko, osobliwie zaś o zawracanie mi głowy*, a choinkę** ubieram niemalże w furii i tym, co mam pod ręką. Ja, co do zasady zwolenniczka przemyślanych kompozycji tematycznych i/lub kolorystycznych, wieszam wszystko gdzie popadnie i jak popadnie, bo mnie w sumie efekt końcowy nie interesuje, tylko żeby było zrobione. A na wierzch jeszcze lampki, bo wydawało mi się, że są zepsute, lecz finalnie okazało się, że jednak działają.

Przypominam sobie, jak mama pierwszy raz postanowiła zastosować w ubieraniu choinki klucz kolorystyczny (czerwień i złoto, chyba było też coś w kratkę). Oczywiście zrobiliśmy z bratem awanturę, że ma być tak jak zawsze, i awanturowaliśmy się aż do uzyskania pożądanych przez nas rezultatów. Wredni mali terroryści. Ale w kolejnym roku mama postawiła na swoim i od tamtej pory choinka zawsze miała kolor lub motyw przewodni. Zupełnie jak współczesne wesela.

Mam nadzieję, że moje tegoroczne odstąpienie od tego zwyczaju nie jest oznaką niczego szczególnego.

 

*Poniekąd słusznie, bo dorosły chłop przynajmniej z niektórymi wyzwaniami współczesnego gospodarstwa domowego powinien dawać sobie radę samodzielnie, a nie a znajdź mi, a gdzie jest, a potrzymaj, a dlaczego tak na mnie wrogo patrzysz, no ale bez przesady

**Tak naprawdę do dużą gałąź od choinki. Nie kupowaliśmy całego drzewa.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s