O tym, dlaczego nie posłałabym swojego dziecka do Hogwartu

hogwart
Źródło

Możemy sobie być poważni i dorośli, możemy rozmawiać o polityce, cenach mieszkań, przepisach na sernik i optymalnym sposobie układania jedzenia w lodówce, możemy prowadzić poukładane życie lub o nim marzyć. Nie znaczy to jednak, że nie możemy również wyobrażać sobie, jak fajnie byłoby, gdybyśmy dostali list z Hogwartu. I czasem sobie wyobrażamy.

 

Ponieważ jednak jesteśmy dorośli i odpowiedzialni, w pewnym momencie przestajemy patrzeć na szkołę z przedstawionej w książkach perspektywy osieroconego nastoletniego chłopca wychowywanego przez patologiczne wujostwo, a zyskujemy własną. W każdym razie ja zyskałam. I doszłam do wniosku, że nigdy nie wysłałabym swojego dziecka do Hogwartu.

Nie, nie mam dziecka i nawet takowego nie planuję. Tak, zdaję sobie sprawę, że nawet gdybym miała dziecko, Hogwart nie byłby jego rejonową magiczną placówką edukacyjną*. Skoro jednak w podjęciu niniejszych rozważań nie przeszkadzał mi fakt, że magia nie istnieje, tym bardziej nie zamierzam się przejmować takimi szczegółami.

Po pierwsze, uważam, że jedenastoletnie dziecko jest za małe, by wysyłać je do szkoły z internatem. Wiem, że to bywa praktykowane, jednak gdy wyobrażę sobie jedenastoletnią siebie gdzieś daleko od rodziców, wiecznie otoczoną obcymi ludźmi, to mam ochotę zamknąć się w szafie i czekać, aż ta wizja sobie pójdzie. Byłam dzieckiem nie tylko niezbyt lubianym, ale do tego introwertycznym. Internat uczyniłby mnie głęboko nieszczęśliwą. Zwłaszcza gdyby mnie mieli wyzywać od szlam, a tego w Hogwarcie raczej bym nie uniknęła.

Ale — powiecie — lemurzątko mogłoby być przecież ekstrawertyczne i powszechnie lubiane. No mogłoby. W świecie, w którym istnieje magia, ja jestem matką, a rejon Hogwartu rozciąga się na Polskę południową, może się zdarzyć wszystko. Tyle tylko, że odczucia lemurzątka to tylko wierzchołek góry lodowej. Równie istotna jest dla mnie bowiem możliwość wczesnego wykrycia ewentualnych problemów i reakcji na nie. Tymczasem grono pedagogiczne Hogwartu nie wydaje mi się przesadnie skłonne do współpracy z rodzicami, a gdybym nawet dowiedziała się o czymś, co wymagałoby mojej osobistej interwencji czy wręcz odebrania dziecka z placówki, zanim dotelepałabym się na miejsce, mogłoby być za późno. Na przykład: lemurzątko mogłoby zostać w międzyczasie spetryfikowane, zabite przez trolla, zabite przez jednego z licznych mieszkańców zakazanego lasu podczas odbywania szlabanu, opętane przez dziennik Voldemorta**, etc. No i wcale nie jestem pewna czy ktokolwiek chciałby ze mną — jako mugolką — rozmawiać.

A zresztą, zabrałabym dziecko ze szkoły i gdzie bym z nim poszła? Do Durmstrangu, gdzie pewnie panują podobne obyczaje? Do zwykłej szkoły? A jak wytłumaczyłabym, że w ciągu ostatniego roku szkolnego nie uchylało się od obowiązku szkolnego? Już widzę, jak poważnie zostałby potraktowany stosowny papier ze szkoły magii i czarodziejstwa, o ile w ogóle bym takowy otrzymała. A nawet jakby go kto uznał, to łatanie luk w wiedzy mogłoby być procesem długim i bolesnym.

Poza tym, kiedy ja miałabym w zasadzie to dziecko wychowywać czy chociaż zwyczajnie spędzać z nim czas? Widywałabym je w święta i wakacje, czyli równie często, co przeciętna babcia albo ciocia. I nawet pomimo korespondencji via sowa, za każdym razem, odnoszę wrażenie, wiedziałabym o nim mniej. Wyobrażam sobie, że tak mogło być choćby w przypadku rodziców Hermiony, która w każdym kolejnym roku coraz mniej czasu spędza z nimi, a więcej z przyjaciółmi. Tak, wiem, to normalne i u mugoli, ale większość z nas ma jednak rodziców na co dzień i nie spędza dziesięciu miesięcy w świecie, do którego nie mają oni dostępu.

Po drugie, nie odpowiada mi program nauczania. A konkretnie całkowity brak mugolskich przedmiotów szkolnych. To są jedenastolatki. Mają za sobą pięć klas szkoły podstawowej, co oznacza, że nie opanowali jeszcze w pełni umiejętności, które naprawdę przydają się w codziennym życiu, także magicznym. Polscy uczniowie na przykład procentów uczą się w klasie szóstej, a pisać podanie chyba dopiero w gimnazjum. Jasne, da się żyć bez tej wiedzy, ale z nią jest jednak łatwiej.

Co więcej, taka konstrukcja programu uniemożliwia absolwentowi Hogwartu funkcjonowanie w świecie niemagicznym. Bohaterowie książek o Harrym nie sprawiają wrażenia, jakby im tego brakowało, ale czy tak jest zawsze? Być może niektórzy z nich, gdyby tylko dać im szansę, zainteresowaliby się jakąś mugolską dziedziną wiedzy i podjęli dalszą naukę w tym kierunku. A zresztą, co to znaczy „mugolską”? Narzędzia dostarczane przez nauki społeczne i humanistyczne byłyby wszak tak samo przydatne w obu społecznościach. W naukach przyrodniczych musiałby się taki czarodziej pilnować, żeby czegoś nie chlapnąć o mandragorze czy innym hipogryfie, ale na pewno wiele by skorzystał***. Ścisłe też mogłyby go zainteresować, choć większość czarodziejów ma je, jak podejrzewam, tam, gdzie słońce nie dochodzi, bo magia się prawom fizyki nie kłania, więc po co się nimi przejmować.

Po trzecie, ciało pedagogiczne. Dyrektor upycha na terenie szkoły co bądź i w nosie ma bezpieczeństwo uczniów****. Kadra dobierana jest na podstawie widzimisię: Hagrid nie skończył nawet tej magicznej zawodówki, jaką Hogwart w istocie jest, ale że to dobry człowiek, damy mu uczyć o zwierzątkach. On lubi zwierzątka. Szkoda tylko, że bardziej niż uczniów. Lockhart to oszust i szarlatan, ale umieszczenie go w szkole pozwoli go zdemaskować, więc spoko, najwyżej nikt się niczego nie nauczy. Naprawdę wolałabym, żeby szkoła służyła nauce mojego dziecka, a nie nauczce jakiegoś celebryty. Do tego jawna stronniczość wszystkich razem i każdego z osobna. Własny dom faworyzuje przede wszystkim Snape, ale i innym się zdarza.

No właśnie, po czwarte, domy. Raz, że nakręcają rywalizację. Dwa, że charakter jedenastolatka dopiero się kształtuje i zdawanie się na jakiś stary kapelusz, choćby i magiczny, w kwestii tego, jakie cechy będzie się w nim przez najbliższe lata wzmacniać, nie wydaje mi się rozsądne. Trzy, że ten kapelusz nawet nie działa poprawnie. Luna w Ravenclawie, Neville i Hermiona w Gryffindorze? Dobre sobie! A niech mój dzieciak pozna w pociągu jakiegoś rudzielca i po paru godzinach pod jego wpływem wda się z nakryciem głowy w negocjacje. Za trzy dni się może okazać, że ten rudzielec to jednak głupi, a dziecko niech się buja z wyborem przez siedem lat.

Muszę jednak przyznać, że są i dobre strony tego podziału. Z pewnością lepiej żyłoby mi się wśród zaczytanych Krukonów lub spokojnych i miłych Puchonów niż w otoczeniu hałaśliwych Gryfonów (to pewnie wina Freda i George’a, że ich tak odbieram) czy wiecznie knujących Ślizgonów. Z drugiej strony, gdyby podziału nie było, nie musiałabym obcować z żadną z tych cech w takim natężeniu.

Po piąte wreszcie, dyskryminacja. Z jednej strony, Lemurzątko nie uniknęłoby wyzwisk z racji niemagicznego pochodzenia. Z drugiej strony, uczyłoby się pogardy dla humanoidalnych istot magicznych, takich jak skrzaty, gobliny, czy centaury. Wszak nawet postacie pozytywne uważają niewolnictwo skrzatów za normalne, a koegzystencja z goblinami nie jest bezproblemowa. Czarodzieje dominują, a reszta może się w nos pocałować, siedząc gdzieś w lesie czy w kuchni, ostatecznie w banku. Tymczasem wymienione wyżej istoty nie sprawiają wrażenia bardziej prymitywnych — tak samo jak ludzie myślą i czują. Nie chciałabym, by moje dziecko wyrastało w przekonaniu, że jest od nich lepsze z racji przynależności gatunkowej.

Podsumowując: tak, odmówiłabym swojemu potencjalnemu dziecku tej wspaniałej przygody. Ale nie wszystko stracone — może organizowane są gdzieś kursy magii dla dzieci takich wybrednych i czepialskich mugoli. A zresztą nie martwcie się, wszak magia nie istnieje, a ja nie planuję dzieci.

 

*Ostatnio widziałam co prawda fajną ofertę pracy w Dublinie, ale tam jest zimno i pada deszcz.

**No dobrze, Voldemort nie żyje, to jedno odpada. Ale z tymi czarodziejami nigdy nic nie wiadomo.

*** Nawiasem mówiąc, nie do końca rozumiem, w jaki sposób kwalifikuje się zwierzęta

dziobak
Źródło

jako magiczne. A największą zagadką jest dla mnie to, czemu na liście nie ma dziobaka.

****Okej, Dumbledore też nie żyje, a ostatnią znaną nam dyrektorką jest McGonagall, której nawet byłabym skłonna zaufać, ale, jak już mówiłam, z tymi czarodziejami nigdy nic nie wiadomo.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “O tym, dlaczego nie posłałabym swojego dziecka do Hogwartu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s