Księżniczkoseksualne, czyli jak nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o mężczyznę

Kiedy podczas leniwego przeglądu fejsa ujrzałam, że Szpro linkuje do tego artykułu, komentując go w dodatku słowami „głupie parówy”, wiedziałam, że muszę go przeczytać. Jego treść, muszę przyznać, zrobiła na mnie duże wrażenie. Tak duże, że musiałam przeczytać go dwa razy, żeby zrozumieć, co autorka ma na myśli, bowiem każde zdanie dostarczało mi niezapomnianych emocji. Tymi emocjami zaś postanowiłam się z wami podzielić, gdyż nie ma to jak wspólne przeżywanie tak niecodziennych doznań.

Księżniczkoseksualne, czyli jak Polki po 30. stylizują się na wróżki i uczennice szkół z internatem

Już sam tytuł budzi zaciekawienie. Czy chodzi o jakąś nieznaną szerzej subkulturę? Czy mamy do czynienia ze zbiorowym coming-outem fetyszystek brokatu? Przekonajmy się!

Czy kroje i kolory zaczerpnięte z szaf pensjonarek, księżniczek Disneya i nastolatek z amerykańskich filmów są manifestacją niechęci do biurowego dress code’u? A może raczej rodzajem wabika leżącym na antypodach głębokich dekoltów i pończoch. Być może to po prostu próba zabawy modą, do której nieustannie zachęcają kobiece magazyny?

Cóż, wygląda na to, że jednak nie chodzi o brokatowy fetysz, choć pytania stawiane przez autorkę i tak brzmią dramatycznie. Zobaczmy, jakich odpowiedzi na nie udziela.

Relacja z premiery sezonu. Naczelna powiernica wszystkich celebrytek w pastelowej stylizacji „na podduszonego kanarka” dopełnionej frywolnym końskim ogonem, zadaje rozmówcom pytania równie infantylne, co barwa jej głosu.

Ale najpierw scenka rodzajowa. Nie wiem, kim jest naczelna powiernica polskich celebrytek, ale mniejsza z tym. Bardziej interesuje mnie, skąd autorka wie, jak wygląda podduszony kanarek.

Niezależnie od tego, co kryje się za tiulami, kokardami i cekinami, wzrost ich popularności trudno przeoczyć.

W stosunku do którego okresu? Mody poprzedniej dekady? Mody lat dziewięćdziesiątych? Może mody sprzed lat pięćdziesięciu?

moda
Od lewej: pierwsza dekada XXI wieku, lata dziewięćdziesiąte, lata sześćdziesiąte

Scenki rodzajowe z kobietami ubranymi w rzeczy wyglądające jak kolekcja XXL ze Smyka nie stanowią już wcale kuriozum.

A powinny?

Wzruszona solenizantka przymierza prezent od przyjaciółek, bransoletkę z zawieszkami – jest serduszko, babeczka nadziewana cyrkoniami, czterolistna koniczyna. I cyfra. 35.

Zgroza! Dozwolone w wieku 35 lat przywieszki to: trumna, siata z zakupami (może ją również reprezentować wysadzany cyrkoniami złoty ziemniak), krzyż i kula. Ta ostatnia u nogi.

Look book młodej, polskiej marki. Mieszkanie w paryskim stylu, stonowane kolory. Krótkie spódniczki, bufiaste rękawki, pod szyją koronkowe kołnierzyki albo falbanki. „Kobiecość i klasa na co dzień” głosi zdawkowy opis.

I co w związku z tym?

„Zabawa stylem” to urocze wyrażenie ukute na łamach magazynów kobiecych. Implikuje, że ta cała moda, rzeczy straszne i piękne, które oglądamy na zdjęciach z wybiegów, to żadna surowa mentorka czy rozkapryszona kochanka, ale raczej BFF i córka sąsiadów, z którą można pograć w berka (gonisz!).

Nie wiem, jak autorka, ale nigdy nie traktowałam mody ani jako surowej mentorki ani rozkapryszonej kochanki. Moje koleżanki też przeważnie wyglądają, jakby nie traktowały. I tak, wolę pograć w berka niż użerać się z rozkapryszonym kimkolwiek.

Tymczasem z zabawą stylem jest raczej jak z wyprowadzaniem psa na spacer – jeśli ciągnie cię w rewiry, w których nie planowałaś wylądować, to nie jest to dobry układ.

Skąd założenie, że osoby, które wylądowały w rewirze cekinów, tiulów i kokard, znalazły się tam przypadkiem? Panie na zdjęciach poniżej nie sprawiają wrażenia, jakby tylko przechodziły z tragarzami.

oscary
Nieprzypadkowe osoby w nieprzypadkowym miejscu

Różnicę pięknie obrazują dwie chyba najbardziej charakterystyczne kobiece bohaterki popkultury przełomu XX i XXI wieku – Carrie Bradshaw i Bridget Jones. Amerykanka z gracją broniła nawet najbardziej kuriozalne stylistyczne szaleństwa, podczas gdy Bridget miewała problemy ze zrozumieniem konsekwencji swoich chybionych modowych wyborów. Chodzi tu nie tylko o świadomości mody, ale i własnej kobiecości.

Bridget nie miała problemu ze zrozumieniem konsekwencji. Jej wpadki wynikały z niedoinformowania (vide impreza tematyczna „Kokoty i księża”, której motyw przewodni został w międzyczasie odwołany), mylnych wyobrażeń (festiwal w ostatnim filmie) lub nieoczekiwanego rozwoju wydarzeń (majtasy)

Zdaje się, że część kobiet do „zabawy modą” podchodzi zbyt dosłownie, kojarząc ją z placem zabaw i przedszkolem.

Kobiety na własną rękę interpretują pojęcia — skandal i granda!

Takie podejście w kilku ostatnich sezonach pozornie uprawomocnili też sami projektanci, na czele z pastiszowym Moschino, bajkowo-księżniczkowymi kolekcjami haute couture Diora, ale też markami takimi jak Gucci (wielkie różowe futro z kolekcji pre-fall 2016!).

Dlaczego pozornie? Tego się nie dowiemy.

Róż z mebelków w domkach dla lalek, w sieci nazywany roboczo „tumblr pink” został (pod zmienioną nazwą) ogłoszony przez Pantone kolorem ubiegłego roku w duecie ze złamanym pastelowym błękitem – serenity. TEN odcień różu trafił na okładkę Biblii hipsterów, duńskiego magazynu slow-lifestyle’owego „Kinfolk” i na opakowania marki równie kultowej, alternatywnej i skandynawskiej – Acne Studios.

Mroczne serduszko autorki krwawi na myśl o tym, że blady róż może być w modzie. Moje też krwawiło. Jak miałam piętnaście lat i oczy umalowane na pandę.

Tiule, falbanki i pastelowe odcienie są dla przeciętnej kobiety o wiele bardziej przystępnym trendem niż klapki z futerkiem czy kabaretki z ogromnymi oczkami.

I słusznie. Po pierwsze, klapki do rajstop to pomysł mocno taki sobie. Po drugie, w kabaretkach z ogromnymi oczkami jest zimno, a po to się nosi rajtki, żeby zimno nie było. Pastele, w których nota bene wiele Polek wygląda dobrze (ja akurat niekoniecznie, ale mniejsza z tym), falbanki i tiule w niczym natomiast nie przeszkadzają ochronie przed zimnem.

Budzą przyjemne skojarzenia z dzieciństwem, no i w końcu kiedyś je już nosiłyśmy, więc można powiedzieć, że mamy niejakie doświadczenie. Sylizacje księżniczkoseksualnych mają często to do siebie, że z niewinnego puszczenia oka stają się regularnymi zestawami na kinderbal. Jak w przypadku Agnieszki Jastrzębskiej, najlepszej przyjaciółki wszystkich celebrytek, która płynnie przechodzi od kostiumu Odetty-księżniczki łabędzi do stroju żony ze Stepford.

Nie wiem, jak w przedszkolu autorki, ale w moim na żonę ze Stepford nie nosiła się żadna dziewczynka. Prawdę mówiąc, tiule też nie były szczególnie popularne. Dominowały tenisówki, getry (współcześnie zwane leginsami), jakieś sztruksy czy dżinsy, kolorowe bluzeczki, często z nadrukami. Najbardziej zazdrościłyśmy Ali, która miała bluzkę z frędzlami i wizerunkiem Pocahontas naraz. Falbanki owszem, zdarzały się.

W pracy z jednej strony boimy się, że zostaniemy posądzone o jakże niestosowny flirt ze współpracownikami, a z drugiej nie chcemy wydać się zimne i „zbyt” ambitne. Świadomie bardziej lub mniej infantylizujemy się, żeby zyskać sympatię.

Czy na pewno wszystkie mamy ten sam problem i taką samą strategię jego rozwiązania? Żołnierki, kasjerki, pracownice biurowe, polityczki, tłumaczki strażniczki więzienne, przedszkolanki, prezeski, sprzątaczki? Jako tłumaczka mogę powiedzieć tyle, że w pracy zdalnej staram się wyglądać tak, żeby bez wstydu otworzyć listonoszce albo skoczyć do osiedlowego, zaś w krótkich okresach pracy biurowej zaobserwowałam głownie, że u obu płci najczęściej wybieranym strojem są dżinsy i sweter.

Tylko prawdziwi szubrawcy są niemili dla grzecznych dziewczynek w stylizacjach „ja tak tu tylko stoję w kusej liliowej marynarce i czekam, aż ktoś mi pomoże”.

angela-merkel-facts-239268
Na ilustracji grzeczna dziewczynka w liliowej marynarce czeka, aż ktoś jej pomoże.

Nie od dziś wiadomo, że Polkom brakuje w doborze garderoby pewnej dozy nonszalancji. Zdają sobie z tego sprawę i same zainteresowane, które rzucają się na każdą publikację mającą rzekomo wyjawiać sekrety niewymuszonego szyku paryżanek.

Owszem, takie publikacje istnieją i są w Polsce wydawane, po pierwsze jednak z ich treści wynika, że są kierowane głównie do Amerykanek, po drugie wielokrotnie spotkałam się z opinią, że to samo można by napisać o dowolnym dużym europejskim mieście, ale Paryż dobrze się kojarzy.

Patrząc na to, jak ubierają się rodzime ulice dużych miast, można by pokusić się o twierdzenie, że Polki kobieco zaczynają czuć się dopiero, kiedy zarzucą na grzbiet i okolice cały rynsztunek fatałaszków wymownie kobiecych.

A to ma jedna z drugą wypisane na czole, czy czuje się kobieco, czy też nie? ja na ulicach miast polskich widzę o tej porze roku głownie zestawy „okrycie wierzchnie przynajmniej za tyłek  + duży szalik + czapka pod kolor”, a do tego albo oficerki, albo buty na jakimś stabilnym obcasie. A wszystko to w barwach ciemnych. Bo praktyczniej. W innych porach roku jest różnie, przeważnie bardziej kolorowo i tak, widać zazwyczaj na pierwszy rzut oka, jakiej kto jest płci. Nie wiem, czego tu autorce za dużo: spódnic i sukienek? Krojów nieukrywających istnienia biustu?

W sukurs stylistyce księżniczki po 30. przychodzą różowe szminki, ozdobne gumki do włosów, wzorzyste sukienki i stereotypowo kobiece kolory.

Zasadniczo najpopularniejszymi szminkami są szminki czerwone i różowe, te bowiem wzmacniają naturalną barwę czerwieni wargowej. Beże, brązy i fiolety, nie mówiąc już o błękitach i zieleniach (chciałam sobie kupić ostatnio zieloną pomadkę, ale stwierdziłam, że jak na rzecz, której użyję z osiem razy jest jednak trochę droga) są raczej dla fashionistek czy dziewczyn szczególnie zainteresowanych makijażem. Nic dziwnego zatem, że przeciętna trzydziestolatka sięga po jeden z dwóch najpopularniejszych kolorów. Ale wiadomo, wszystko co różowe jest fuj. Rozumiem, kiedyś wszak byłam nastoletnią mroczną metalówą. Nawet wtedy jednak nie odrzucałam całkowicie wzorów (oczywiście najlepiej, żeby były czarne na czarnym, ale dopuszczałam odstępstwa).

Styl podstarzałej Lolity, który zbierze pomruki uznania w każdym urzędzie skarbowym i pokoju nauczycielskim są ubrania działającego od 2009 roku marki Mohito.

Kochana, a byłaś ty ostatnio w urzędzie? Ja byłam, nie w skarbowym co prawda, tylko stanu cywilnego, ale zawsze. Lolitek nie stwierdziłam. Prawdę mówiąc, doszłam do wniosku, że strój urzędniczki nie różni się szczególnie od stroju pracownicy biura tłumaczeń.

Elegancja wyższych sfer 89,99 PLN, złote plakietki z nazwą marki i nawet najprostsza bluzka obowiązkowo upstrzone ozdobnym suwakiem czy koronką.

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że osoby ubierające się w sieciówce jakich wiele postrzegają jej asortyment jako przykład elegancji z wyższych sfer. Zapewne kupują tam, bo odpowiada im stylistyka, a nie dlatego, że aspirują do czegokolwiek.

Największym stylistycznym szaleństwem ultrakobiecej kobiety jest zestawienie sukienki na wieczór z jeansową kurtką.

Eee… a te falbany, tiule i przebrania na kinderbal nie mają w sobie przypadkiem jakiejś nuty szaleństwa? Trzeba wszak nieco fantazji, by tak się wystylizować.

Od najmłodszych lat dziewczynki otacza się w naszej kulturze wizerunkami księżniczek. To o księżniczkach czytamy pierwsze książki i oglądamy pierwsze filmy. Kolorujemy ich stroje i na ich modłę przebieramy lalkę Barbie z kitla pediatry czy pani weterynarz.

Pierwsze słyszę, żeby problem z lalką Barbie polegał na tym, że producent na tacy podaje nam wzorce kobiety aktywnej zawodowo i rozwijającej swoje zainteresowania, a my to wszystko bach w brokat i dalejże upupiać.

Wszystkie popularne bohaterki dla dziewczynek obracają się wokół tego schematu stylistycznego, nawet jeśli korony zastępują w ich przypadku baletki czy różdżka. Jeśli dziewczynka ma szczęście (lub pecha – w zależności od interpretacji) zostaje także księżniczką mamusi/tatusia lub obojga rodziców, nieustannie chwaloną i przyodziewaną jak syntetyczny pączek róży.

Nie wiedziałam, że nieustanne chwalenie i stawianie dziecka w centrum świata łączy się nierozerwalnie z różem i falbankami, zwłaszcza z materiałów syntetycznych. Ba, sadziłam, że taki zapatrzony w dziecko rodzic będzie je przyodziewał w wysokiej jakości tkaniny naturalne, bo to zdrowiej.

Nie trudno znaleźć reminiscencje tych wzorów w popkulturze, gdzie roi się od wokalistek obwołujących się królowymi (nie szukając daleko Doda, która nigdy nie porzuciła ostatecznie estetyki zarezerwowanej dla „najukochańszych córeczek”).

Królowa to co innego niż księżniczka. O ile księżniczka faktycznie kojarzy się z byciem piękną i czekaniem na księcia, królowa kojarzy się z władzą, sprawczością i samostanowieniem. Taką księżniczkę można zamknąć w wieży, wygnać do lasu, oddać w zamian za zgładzenie smoka, a królowej nikt nie podskoczy.

Być może w dorosłym życiu infantylne elementy pełnią nie do końca uświadomioną rolę talizmanów. Księżniczce nic się przecież nie może stać, w końcu wiadomo, że pisany jest jej książę na białym koniu i „długo i szczęśliwie”. No i z pewnością łatwiej zaopiekować się postacią 30-letniej wróżki z brokatowym szaliczkiem i białym kotkiem, która wydaje się do opieki stworzona o wiele bardziej niż kobieta w wełnianej marynarce i sznurowanych butach.

Niniejszym uprzejmie informuję autorkę o istnieniu różowej wełny, różowych sznurówek, a nawet różowych sznurowanych butów.
(Czy ja już wam kiedyś wspominałam, że liczba pozostających w moim posiadaniu rzeczy z kotkiem powoli acz nieubłaganie dąży do nieskończoności? Niektóre nawet są z białym.)

W wydanym w 1980 roku bestsellerowym poradniku „Woman: dress for success” John Molloy pouczał kobiety, które zaczęły obejmować stanowiska kierownicze, jak budować styl w miejscu pracy tak, aby budzić respekt współpracowników, ale zachować kobiecość.

Jak możecie, dziewczynki, nie słuchać miłego i mądrego pana, który pochylił się nad waszym losem i specjalnie dla was stworzył styl?

Styl zyskał miano power dressingu, jednak wraz z rosnącą popularnością zaczęło towarzyszyć mu osobliwe odium. Dobrze skrojone kobiece spodnie i marynarka stały się uniformem kojarzonym w pierwszej kolejności nie z kobietą-profesjonalistką, ale z figurą „korposuki”. Kapitalistycznego wcielenia femme fatale, która tym razem miała niszczyć mężczyzn nie za pomocą mrocznego seksualnego żywiołu, ale robotycznej (a więc nieludzkiej) bezwzględności i opanowania.

Niektórym ludziom to się naprawdę wszystko z jednym kojarzy. Ubieraj się dziewczęco, to powiedzą, że szukasz opieki mężczyzny. Ubieraj się formalnie, powiedzą, że chcesz go zniszczyć. Ubieraj się w ubranie, powiedzą ci, co sądzą o nim mężczyźni.

Polski dress code pracownic biurowych utknął gdzieś w pół drogi między sekretarką Dona Drapera, a Panią Prezes, kreaturą, która już z łona matki wyszła na 12-centymetrowej szpilce i w szytym na miarę spodnium.

Czy autorka zapomniała już, co pisała kilka akapitów wcześniej o pracownicach Urzędu Skarbowego?

Kobieco znaczy tu to samo, co „tylko dla kobiet”, każde ubranie powinno więc przypominać, że oto mamy do czynienia z kobietą.

032780-00
Słownik Doroszewskiego

No i jak tak można przekręcać znaczenie słów?! Wstydź się, polski dress codzie! A fe! (Proszę nie zwracać uwagi na tekst na obrazku obok. on tam sobie tylko tak leży.)

Ponieważ podkreślanie seksualność nie uchodzi w miejscu pracy, wiele kobiet robi stylistyczną woltę i wycofuje się rakiem do podstawówki.

A, nie zapomniała, tylko wrzuciła sprzeczną z tym stwierdzeniem uwagę z nadzieją, że nikt nie zauważy.

Do ubrań tej grupy wiekowej nawiązują też materiały i kolorystyka. W porannym tramwaju przecinającym Domaniewską pełno jest legginsów przeszywanych w kant, bluzek w kokardki i zebry czy bawełnianych kobaltowych marynarek.

Kilka pytań: jakie materiały są charakterystyczne dla uczennic szkoły podstawowej? Co złego jest w kobalcie? Czy autorka w podstawówce nosiła żakiety?

Po drugiej stronie barykady sytuuje się styl dorosłej pensjonarski z silnym przesterem w stronę „przyszła żona bussinessmana z Konstancina”. Wełniane sukienki pod szyję, które przy siadaniu ponętnie podjeżdżają do pasa czy gorsy pełne zaszewek i kokard, które równie dobrze sprawdzą się przy stole konferencyjnym, co na tle marmurowego kominka.

Jasne, nie ma nic ponętniejszego niż klin od rajtek ukazujący się po tym, jak sukienka przy siadaniu podjedzie nam do pasa.

Nawiązania do stylistyki mundurków szkolnych z zawoalowanym seksualnym podtekstem nie są bynajmniej znakiem naszych czasów. W 1900 ukazała się powieść Colette „Klaudyna w szkole” opisująca perypetie nad wyraz dojrzałej 15-latki. Książka wywołała skandal, a w Paryżu zapanowała moda na suknie z kołnierzykami charakterystycznymi dla ówczesnych uczennic.

Czy ten akapit ma jakiś związek z wcześniejszym stwierdzeniem o rosnącej popularności infantylnego stylu? Czy może ma tylko świadczyć o oczytaniu autorki?

Krzywym zwierciadłem, w którym odbijały się wybory stylistyczne Polek był TVN-owski serial „Brzydula Ula”.

Serial nosił tytuł „BrzydUla”, to raz. Dwa, seriale TVN-u są zazwyczaj hmm… jedynie luźno inspirowane polską rzeczywistością.

Styl bohaterek został przejaskrawiony, żeby podkreślić ich charaktery, a przy okazji złośliwie sportretowały kilka typowych biurowych stylistyk. Narzeczona głównego bohatera, granego przez Filipa Bobka, to świetnie ubrana „korposuka”, perfekcja jej stylizacji i fryzury, miała, zdaje się oddawać jej zimno i bezwzględność. Paradująca w niemodnych, deformujących sylwetkę krojach Brzydula Ula to z kolei współczesne brzydkie kaczątko, niosące przydatny w socjalizacji 4-latków przekaz „liczy się wnętrze”.

Gdyby istotnie płynęła zeń taka nauka, nie byłoby finalnej metamorfozy.

Popisem stylistycznej maestrii jest jednak postać grana przez Małgorzatę Sochę. Styl Violi to podniesiona do potęgi kwintesencja biurowego bezguścia. Z jednej strony nastoletnie wzory i kolory, z drugiej nachalnie manifestowana kobiecość z całym swoim nadmiarem – frywolne loczki, talia nie do przeoczenia, obowiązkowe szpilki.

Nie, autorko, panterka, która jest najczęściej powtarzającym się w stylizacjach Violi motywem, to nie jest wzór typowo dziewczęcy.

To wyobrażenie o tym, jak powinna wyglądać stylizacja do pracy zrodzone pod wpływem przeceny w New Looku i serialu „Moda na sukces”. W końcu Brooke musiała jednocześnie odbijać Ridge’a kolejnym podstępnym wywłokom i pracować nad innowacyjnym materiałem – przeciwdeszczowym i idealnym na wieczór).

Aha.

Towarzysząca nam od pampersa do pampersa moda jest produktem w pierwszej kolejności wyobrażeniowym, który trafnie punktuje ludowe porzekadło „jak cię widzą, tak cię piszą”. Często zapominamy jednak, że strój jest w takim samym stopniu prywatny, co publiczny i związane z nim fantazje czasem lepiej realizować w domu.

Brzmi poważnie.

To, co uważasz za niewinną zabawę modą, może sprawiać, że zamiast poważnej współpracownicy jesteś odbierana jako ktoś, kto potrzebuje opieki.

I, jak rozumiem, receptą na to jest ubiór pozbawiony elementów różowych, pastelowych, kobaltowych, błyszczących, wzorzystych, falbaniastych, podkreślających talię i pochodzących z New Looka? A nie na przykład podkreślanie, że pracownicę należy oceniać na podstawie jej kompetencji i jakości wykonywanej pracy, nie zaś tego jak wygląda i domaganie się tego?

I choć PRL-owskie dzieciństwo sprawiło, że zamiast za księżniczkę przebierałaś się na bal karnawałowy za jemiołuszkę, kupienie skrzącej się od stóp do głów kreacji weselnej z koronkowym gorsetem najczęściej nie jest najlepszym pomysłem.

Takie kreacje były modne dobrze ponad dekadę temu i nie stanowią obecnie masowego zjawiska. Ale jeśli ktoś lubi, czemu ma się tak nie przyodziać? Wesele to doskonała okazja, by wystąpić z czymś takim. Nie wiem co prawda, skąd się ono wzięło w artykule o stroju do pracy biurowej, ale nie jest to jedyna rzecz, która dziwi mnie w tym tekście.

„Fakeit till you become it” działa być może w budowaniu pewności siebie czy asertywności, ale nie sprawi, że mężczyźni czy współpracownicy zaczną cię traktować inaczej, niż z politowaniem.

Fraza, którą autorka ma na myśli, brzmi „Fake it till you make it”, to tak FYI. Nie jest to jednak najważniejszy erlement tego zdania. Są nim mężczyźni: autorka przestaje udawać, że chodzi jej o godną prezencję w miejscu pracy czy poprawę stylu Polek (swoją drogą, to też nie jej sprawa) tylko o wszechobecną kwestię Podobania się Mężczyznom. Tymczasem Podobanie się Mężczyznom nie jest w życiu każdej kobiety kluczowe i nie stanowi jedynego kryterium przy doborze stroju. Ważne jest — obok warunków atmosferycznych, wygody, praktyczności i stosowności — to, co jej się podoba. Dla jednej będą to czarne swetry i minimalistyczna biżuteria, dla drugiej cekiny, dla trzeciej kotki, dla czwartej Batman. I nie ma co doszukiwać się w tym drugiego dna i pytać dramatycznie o powody, by na koniec zamiast ostatecznej odpowiedzi wrzucić połajankę. Odpowiedź zresztą jest prosta: kobiety po trzydziestce ubierają się tak, jak się ubierają, bo mogą. I nic ci do tego.

Nie podnoś ręki na swoje wewnętrzne dziecko, po prostu znajdź mu szybko jakąś wewnętrzną agencję adopcyjną.

A potem na katafalk i myśleć o wieczności. Tylko ułóż się tak, żeby żaden przechodzący mimo mężczyzna nie miał ci nic do zarzucenia.

Reklamy

6 uwag do wpisu “Księżniczkoseksualne, czyli jak nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o mężczyznę

      • Super! Mi Lekarka Domowa powiedziała co prawda, że muszę coś zrobić, żeby podnieść sobie iście trupie ciśnienie, ale to mnie przerasta. Będę podsyłać:)

        Polubione przez 1 osoba

    • Nawet mój komputer się załamał tą gorzką krytyką bezguścia polek i wysłał komentarz przedwcześnie.

      Miało być (bo licznych jękach): Czemu w ogóle zgorszona wyżej wymienionym bezguściem (i, umówmy się — WSZYSTKIM) autorka pisała ten artykuł? I skąd się urwała? Cieszę się, że nie przeczytałam całego artykułu, znacznie lepiej czyta się Twój wybór i krytykę. Bardzo proszę o regularny cykl, w którym w sensowny sposób krytykujesz kretyńskie publikacje!

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s