Przeczytane w kwietniu 2017

Kwiecień zleciał jakoś osobliwie szybko. Przyczyny tego stanu rzeczy nie są mi znane. Wiem tylko, że w związku z tym czas na kolejne Przeczytane.

  1. W pierwszej kolejności przeczytałam „Jak zostać panią swojego czasu? Zarządzanie czasem dla kobiet” Oli Budzyńskiej, uprawiając potępiane przez autorkę „ćpanie wiedzy”, mój poziom zorganizowania mógłby bowiem zapewne być lepszy, ale nie narzekam. Mateusz trochę ostatnio narzekał, że zaplanowałam sobie pracę na długi weekend, ale potem sam w sobotę poszedł uczyć studentów, więc się nie liczy. Rzecz kupiłam w każdym razie dlatego, że lubię czytać książki blogerek i blogerów, a ponadto podejście Budzyńskiej bardzo do mnie przemawia. Nie ma żadnego przekonywania, że odkryło się wspaniały sposób na życie gwarantujący wieczną szczęśliwość, tylko jasny komunikat, żeby zastanowić się, po co i na co jest to nam w ogóle potrzebne. Ja akurat nie potrzebuję kompleksowego planu naprawczego zarządzania lemurem w czasie* (czego najlepszym dowodem jest fakt, że w dniu, w którym piszę tę notkę, czyli 30 kwietnia, nie wysyłałam PIT-ów. Nie dlatego, że zapomniałam), ale jeśli ktoś z was owszem, sądzę, że ten poradnik będzie pomocny.
  2. „Jak pokochać centra handlowe” Natalii Fiedorczuk to dla odmiany nie jest poradnik. W momencie zakupu w ogóle nie wiedziałam, co to jest, ale nazwisko skądś mi się pozytywnie kojarzyło. Okazało się, że rzecz jest o depresji i macierzyństwie. W pierwszym odruchu chciałam odłożyć, bo w sam raz nie miałam ochoty na smutne tematy, ale pomyślałam sobie, że najpierw skończę rozdział i jakoś tak zeszło.
  3. Dalej był „Fanfik” Natalii Osińskiej. Tu sytuacja była poniekąd odwrotna, kupowałam bowiem tę książkę doskonale wiedząc, czym jest i o czym traktuje. Wiązała się z tym pewna obawa, nie ufam bowiem ostatnio powieściom dla młodzieży. Boję się, że mi się to wszystko wyda nieautentyczne, uproszczone, albo nadmiernie dydaktyczne. Tu tego jednak nie było. Było natomiast dużo dobra. Polecam.
  4. Potem nadszedł dzień, w którym porządkowałam papiery. A w papierach znalazłam „Los człowieka” Michaiła Szołochowa. Pamiętam, że wykorzystałam ten utwór w prezentacji maturalnej, a potem i tak dostałam pytanie o „Dziady”. Nie zwróciłam wtedy w ogóle uwagi na to, co teraz wręcz mnie uderzyło, czyli stosunek do kobiet. Bohater przedstawiany jest jako ideał bez skazy: mężny żołnierz, troskliwy ojciec, kochający mąż i dobry robotnik, istny Gary Stu Związku Radzieckiego. Ten wspaniały człowiek przynajmniej kilkukrotnie podkreśla potrzebę niezachowywania się jak baba, a nieżyjącą żonę chwali przede wszystkim za to, że z pokorą znosiła jego powroty do domu w stanie upojenia alkoholowego. Nie mam o to pretensji, proszę nie zrozumieć mnie źle, zwłaszcza ty, Janusz, żeby potem znowu nie było, że mam ból odwłoka. Wyrażam tylko swoje zdziwienie tym, że kiedyś ten aspekt potrafiłam kompletnie zignorować.
  5. W papierach znalazłam też „Sceny z życia smoków” Beaty Krupskiej, ulubioną książkę Mateusza z dzieciństwa. A jak już znalazłam, to przeczytałam. Scena, w której Żaba wyrzuca marchewkę z zupy na trawę, zawsze kojarzy mi się z moją mamą, co ma związek zarówno z jej niechęcią do gotowanej marchewki, jak i z faktem, że jest imienniczką żaby Moniki z „Ciuchci”.
  6. „Pędzę jak dziki tapir. Bartoszewski w 93 odsłonach” Marka Zająca przeczytałam
    tapir-dinoanimals-pl-1
    Tapir w pędzie zintegrowany z łąką

    ze względu na tytuł. Lubię tapiry. Zawarte w dziele anegdoty są różnej jakości — niektóre zabawne i inteligentne, inne na poziomie opowieści o słynnym poczuciu humoru naszego papieża. Mówiąc wprost: straszne suchary.

  7. Następna była „Arkadia” Lauren Groff. Podobała mi się chyba bardziej niż omawiana już na tym blogu „Fatum i furia” tej autorki. Nie jakieś wielkie arcydzieło, ale porządnie napisana powieść.
  8. Na koniec najlepsze: „Burza. Czarci pomiot” Margaret Atwood. Dużo ostatnio mówi się o autorce w kontekście dystopii, mnie jednak bardziej podchodzą jej powieści obyczajowe. A „Kocie oko” to już w ogóle sto serc. „Burza. Czarci pomiot” nie jest aż tak dobra, ale moim zdaniem sytuuje się wyżej niż omawiane tutaj, jak się okazuje, równo rok temu „Serce umiera ostatnie”.

Jak widać, był to dla mnie miesiąc czytelniczo satysfakcjonujący. Mam nadzieję, że podobnie było i w waszym przypadku.

*Podobno nie mówi się „zarządzanie czasem” tylko „zarządzanie sobą w czasie”, co w mowie potocznej ma tyle samo sensu, co nazywanie ronda skrzyżowaniem z ruchem okrężnym.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s