Jak sprawić, by rzeczy, które mają być zrobione, zostały zrobione?

Chwilami odnoszę wrażenie, że połowa mieszkańców mojego internetowego bąbelka poszukuje odpowiedzi na pytanie, jak sprawić, by rzeczy, które mają być zrobione, zostały zrobione. I jakkolwiek wszyscy zgadzamy się co do tego, że odpowiedź brzmi „zrobić je, chyba że można je komuś zlecić”, to szczegóły owego procesu wciąż stanowią przedmiot rozważań oraz licznych zabawnych obrazków dotyczących prokrastynacji*.

Szczegóły owe są kwestią, jak się okazuje, bardzo indywidualną. Kiedyś spotkałam nawet na swej drodze osobę, której nie motywuje forsa i to nawet nie z tego powodu, że ma jej pod dostatkiem. Nie zamierzam zatem w niniejszym tekście swoich osobniczych doświadczeń uogólniać na całą populację i przekonywać, że podane tu metody stanowią uniwersalny sposób sprawiania, by rzeczy, które mają być zrobione, zostały zrobione. Niemniej żywię nadzieję, że będą one stanowić wskazówkę dla osób, które wciąż nie znalazły skutecznego wzorca postępowania.

Motywacja

Przede wszystkim stanowczo odradzam poszukiwania motywacji w odmętach internetu w momencie, kiedy należałoby się zabrać za robienie. Motywację, jeżeli życzy się sobie ją mieć, bo czasem to jest jednak tylko zawracanie głowy, należy przemyśleć wcześniej. Ja na taką okoliczność przygotowane mam następujące strategie:

  • Akceptacja lenistwa. Wbrew pozorom nie polega ona na tym, by zaprzestać recite-e3rh5yjakiejkolwiek działalności i iść polegiwać na wersalce, lecz by uświadomić sobie własne lenistwo i jego bezmiar. Bezmiar ten bowiem oznacza, że nie można wykluczyć, iż w przyszłości nie będzie nam się chciało jeszcze bardziej niż w chwili obecnej. Jeżeli zatem bez marudzenia zabierzemy się za robienie rzeczy już teraz, w momencie osiągnięcia większego poziomu zniechęcenia będziemy mieć teoretyczną możliwość poddania mu się. W praktyce znajdą się inne rzeczy wymagające podjęcia działań, o tym jednak staramy się nie myśleć.
  • recite-8xqvs1Wizja wynagrodzenia, czy też, szerzej, korzyści. Ja zazwyczaj zmuszam się głównie do rzeczy, za które inne osoby fizyczne i/lub prawne zapłacą mi pieniądze, na tym zatem się skupiam, w chwilach desperacji posuwając się nawet do słuchania utworów muzycznych o tematyce finansowej podczas pracy. Nad korzyściami płynącymi z tego, że będzie się miało pieniądze, nie ma się co rozwodzić, ograniczę się zatem w niniejszym podpunkcie do podania przykładu takiego utworu.
  • Wizja wszystkich strasznych rzeczy, które staną się, gdy rzeczy, które mają być recite-m7u4iezrobione, nie zostaną zrobione lub zostaną zrobione za późno. Klient nic więcej nie zleci. Będzie wstyd. Będzie się trzeba tłumaczyć. Wszyscy zginiemy. Nie dostaniesz swoich hajsów. Muszę przyznać, że ten argument jest najmniej skuteczny. Widać lepiej działa na mnie motywacja pozytywna. Czasem jednak i on się przydaje.

Brak motywacji

Brak motywacji sprawdza się niekiedy równie dobrze jak motywacja, jeżeli nie lepiej. Osobiście używam w zależności od nastroju i potrzeb. Przede wszystkim brak motywacji to oszczędność czasu i mózgu: nie musimy przekonywać samych siebie, że powinno nam się chcieć, że powinna być w nas potrzeba, że w ogóle cokolwiek. Przy braku motywacji najlepiej w ogóle nie myśleć, nie dokonywać analizy swojego wnętrza oraz sytuacji zewnętrznej, to wszak dokłada roboty. Po prostu iść i zrobić. Bardzo wygodne, lecz niekiedy trudne do osiągnięcia. Dlatego nie wprowadzam na siłę, ale tworzę korzystne warunki, starając się minimalizować ilość myślenia. Najlepiej wychodzi mi to rano, bo wtedy z natury za wiele nie myślę, dlatego skupiam się na tym, żeby pracę zaczynać o mniej-więcej stałej porze, w miarę możliwości umyta, ubrana, po śniadaniu, kawie i dwóch papierosach. Przy tym, jeżeli wstanę za późno, drugiego papierosa wypalam już przed komputerem.

Proces robienia

Mając za sobą kwestię motywacji lub jej braku, to już jak komu wygodniej, należy zabrać się wreszcie do zasadniczej roboty. Najlepiej rzecz jasna czynić to wtedy, kiedy najlepiej nam się pracuje (mnie do południa), nie zawsze jednak rzeczy, które mają być zrobione, pojawiają się w dogodnych momentach. W takich sytuacjach preferuję zajęcie się nimi od razu lub najszybciej, jak to możliwe. I nie chodzi nawet o zajęcie się całościowe. Wystarczy zacząć. Na przykład włożyć sobie pliki do odpowiedniego folderu albo zrobić projekt w Tradosie. Jeżeli mam szczęście, to dalsze czynności, jak to przetłumaczenie czy to początku, czy to bardziej oczywistych segmentów, idą za tym same. A potem włącza się użyteczny, ale wkurzający mechanizm „jeszcze tylko”. Zresztą nawet jeśli się nie włącza, usiłuję uruchomić go sama. To znaczy, wyznaczam sobie małe i ogarnialne nawet najbardziej zmęczonym mózgiem cele: jeszcze tylko do stu słów, jeszcze tylko do dwustu pięćdziesięciu, jeszcze tylko do okrągłej liczby segmentów, jeszcze tylko do 31%, i tak dalej. Nie czuję się z tym dobrze, bo wolałabym tego nie potrzebować i nie robić za własną nadzorczynię, ale nie rezygnuję z tego, ponieważ działa.

Nie przepycham się jednak przez cały proces robienia bez najmniejszej przerwy. Przeciwnie, zazwyczaj robię więcej niż tylko tę jedną rzecz. Na przykład rozmawiam o kolejnym zleceniu. Albo przeglądam fejsa. Albo stawiam pasjansa Jest to podobno niezdrowe i niemodne (zupełnie jak palenie), ale nie potrafię inaczej. Kiedyś się uparłam i skończyło się to tak, że przeskakiwałam między dwoma różnymi miejscami w pliku, bo robienie po kolei mnie nudziło. Nie powtarzałam eksperymentu, gdyż był on w gruncie rzeczy dość frustrujący i nie przyspieszył szczególnie procesu.

Jedyny problem z moim podejściem polega na tym, że jest ono zauważalne dla osób postronnych, a to jest wieli błąd. Osoby postronne, najczęściej w postaci Mateusza, zaczynają bowiem w konsekwencji chcieć ode mnie, żebym im coś znalazła, podała, sprawdziła i nie wiem, co jeszcze, podczas gdy same oczekują chodzenia na paluszkach, gdy tylko są czymś zajęte. I najbardziej przeszkadza mi tu nie owo znajdowanie, podawanie i sprawdzanie, ale przekonanie, że mnie zawracać głowę wolno, bo przecież ogarnę. No owszem, ogarnę, ale to moja podzielna uwaga i to ja decyduję, jak ją w danej chwili rozdysponować.

Kiedy skończyć?

A zatem robię: szybciej albo wolniej, jedną rzecz albo dziesięć, zmotywowana albo nie. w nieskończoność jednak nie mogę. Trzeba kiedyś przestać. Najprościej przestać, jak będzie zrobione, to nie ulega wątpliwości. Dobrze też, jeśli zrobione jest przed dedlajnem. Niektóre rzeczy mają jednak rozmiary na tyle pokaźne, że za jednym zamachem zrobić się ich nie da. Tu zasada jest prosta: przestaję albo po osiągnięciu założonego dziennego limitu słów, albo o szesnastej, zależnie od tego, w którym przypadku zrobione będzie więcej. Uważam, że dobrze jest sobie takie ramy założyć. Nie dlatego, że w przeciwnym razie można by było w ogóle nie skończyć, bo to się raczej mało komu zdarza, tylko dlatego, żeby nie zrobić za mało. Wersalka bowiem sama się nie wyleży, a to również jest ważne w życiu.

*Pragnę tu nadmienić, że ilekroć moja mama zapomni tego słowa, pyta mnie, jak nazywa się to, czego tata nie ma.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Jak sprawić, by rzeczy, które mają być zrobione, zostały zrobione?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s