Wieczność w domkach letniskowych

To, czego się boję i przed czym uciekam, a w każdym razie staram się uciekać, nazywa się wiecznością w domkach letniskowych i oznacza spędzanie każdych wakacji na jakimś, przeważnie znanym już i zbadanym, polskim zadupiu. Wiecie: las, trzy kilometry do najbliższego sklepu, lokalny akwen oferujący głównie zimną wodę, lokalna aura oferująca głównie deszcz, lokalna fauna obfitująca w ślimaki, kleszcze i komary (z czego te ostatnie wadzą mi najmniej).

Nie są to moje czcze wymysły, zagrożenie jest realne. Moi rodzice posiadają domek na wsi. Rodzice Mateusza co roku spędzają w takim domku miesiąc i co roku zachęcają nas do odwiedzin. A oba te domki w okolicach, w których niedostępne są rodzaje sera inne niż biały, żółty i topiony, dobre połączenie z internetem, nieprzerwany dostęp do ciepłej wody pozwalający na satysfakcjonującej długości prysznic, możliwość bezproblemowego przedostania się gdziekolwiek za pomocą środków transportu publicznego, jak również inne ważne elementy cywilizacji.

Co gorsza, Mateusz sam chciałby mieć taki domek, osobliwie w górach. A w górach, jak wiadomo, do powyższych niedogodności dochodzi niekorzystne ukształtowanie terenu i ogólne parcie na wycieczki po tymże. O tym, jak bardzo niezrozumiałe jest dla mnie zdobywanie górskich szczytów, a także plątanie się w ich okolicy, pisałam już zapewne niejednokrotnie. Powtórzę jednak, gdyż jestem w nastroju na wściekłe tyrady. Lezie otóż człowiek lemur, lezie, umęczy się, u celu nie odkryje absolutnie nic interesującego (a mogliby chociaż jakieś muzeum postawić), a jeszcze musi wrócić. Wszystko to w dodatku w brzydkich butach. I ja nie mówię, że brzydkich butów nie posiadam, bo owszem, mam jedną parę, tak zwane buty na po osiedlu, gdybym jednak próbowała wleźć w nich na jakąkolwiek górę, zaraz by jeden z drugim podnieśli lament, że znowu ktoś stwarza niebezpieczeństwo dla siebie i innych, ignorując ryzyko skręcenia kostki i przemoczenia skarpetek. Kolejnych zaś kupować nie zamierzam. Bez przesady.

Powyższe defekty — poza skłanianiem mnie do górskich wycieczek — jestem w stanie wybaczyć wszelkim kwaterom położonym nad zagranicznym ciepłym morzem, ale nie polskim domkom letniskowym. I już pal licho, że znajdują się one w Polsce, miejscu w kontekście wakacji wyjątkowo mało pociągającym. Poza wszystkim, co wymieniłam wcześniej, mają one jeszcze jeden niepokojący aspekt: absorbują, rozwijając w ludziach szereg zachowań, których ja rozwijać sobie nie życzę. Posiadacz domku, przyjechawszy na miejsce, miast iść zaznawać wakacyjnego relaksu, sprawdza, co też koło domku jest do zrobienia. A zawsze coś jest, jeśli zaś na pierwszy rzut oka tego nie widać, posiadacz będzie łaził i szukał tak długo, aż znajdzie. Rozumiem, a w każdym razie przyjmuję do wiadomości, że może z tego płynąć pewien rodzaj satysfakcji, zwłaszcza dla pracowników umysłowych, dla których proste fizyczne prace bywają miłą odmianą.

Do mnie to jednak nie przemawia. Jestem takim typem pracownicy umysłowej, która po całym dniu korekty i przekładu, czynności polegających w dużej mierze na czytaniu i pisaniu, dla relaksu czyta książkę albo pisze bloga. Rzecz jasna, można to robić i w domku. Wszędzie można to robić, jak się człowiek lemur uprze. Nie po to jednak ma się urlop, by musieć się upierać i znosić niedogodności. Dlatego, jakkolwiek na co dzień jestem osobą łagodną i skłonną do ustępstw, w tej kwestii pozostaję nieugięta: nigdy nie zmarnuję całego urlopu na pobyt w polskim domku letniskowym. Cztery dni to absolutne maksimum. Gdyby zatem zaistniało uzasadnione podejrzenie, że przebywam w takim miejscu dłużej, nie wahajcie się przybyć z odsieczą i odtransportować mnie na najbliższą śródziemnomorską plażę. Ja odwdzięczę się wam za to kolejną odsłoną Pamiętników z wakacji.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Wieczność w domkach letniskowych

  1. „Lezie otóż człowiek (lemur), lezie, umęczy się, u celu nie odkryje absolutnie nic interesującego (a mogliby chociaż jakieś muzeum postawić), a jeszcze musi wrócić. Wszystko to w dodatku w brzydkich butach.” – jesteś mi siostrą, choć lemurem. Na grzyb mi włazić gdzieś godzinami w pocie czoła, skoro potem będę musiała stamtąd zejść?

    Polubione przez 1 osoba

  2. Jak dla mnie, domek letniskowy to przedsionek piekła. Nie lubię grzebać w ziemi, więc ogrodnictwo odpada. Nie lubię majsterkować, więc szlag by mnie trafił za każdym razem, gdyby coś wymagało naprawy. Nie znoszę robactwa, więc bez potraktowania wszystkiego pestycydami w dużej ilości długo bym tam nie usiedział. Sławojki i mycie w balii też mnie nie bawią. I może bym przeżył to wszystko, gdyby nie koszmarna perspektywa spędzania w takim uroczym domku każdego urlopu – bo skoro się kupiło, to trzeba korzystać. Nie! Zdecydowane i stanowcze NIE!

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s