Przeczytane w lipcu 2017

Skończył się lipiec, w którym pisałam mniej, niż miałam zamiar pisać. Mam nadzieję, że udało wam się nie umrzeć przez ten czas z tęsknoty. Czytałam też umiarkowanie, w każdym razie w porównaniu z miesiącem poprzednim. Przeczytałam mianowicie:

  1. „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” Katarzyny Surmiak-Domańskiej, którą to książkę kupiłam już na początku roku, ale nie byłam jej wtedy w stanie znieść: tego kontrastu między uprzejmym i miłym zachowaniem bohaterów a ich poglądami. Za drugim podejściem nie odczuwałam już tego wstrętu w takim natężeniu. To dobrze. Być może przydawał mi on pozorów szlachetnej niewinności, ale zawsze jest lepiej wiedzieć niż nie.
  2. „Wzgórze psów” Jakuba Żulczyka, które początkowo koniecznie chciałam nabyć w Biedronce, ale rozeszło się nadzwyczaj szybko i musiałam jak zwykle posłużyć się internetem. Dobra książka. Chciałam nawet napisać recenzję, ale uznałam, że bez spoilerów się nie da, a po co komu psuć lekturę.
  3. „Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk. Z jakiegoś powodu z poprzedniej lektury zapamiętałam tę książkę jako znacznie grubszą, zupełnie nie wiem, dlaczego. Zastanawiam się teraz, czy nie powrócić jeszcze do „E.E.”. Być może okaże się, że ona też w jakiś nieoczekiwany sposób odbiega od tego, jak ją pamiętam.
  4. „Oczy Eugena Kallmanna” Håkana Nessera to, że tak powiem, typowy Nesser. Jak zauważyła Królowa Matka, kupujesz kryminał, dostajesz literaturę.
  5. „Książki najgorsze i parę innych ekscesów krytycznoliterackich” Stanisława Barańczaka kupiłam z miłości do złośliwych recenzji i to właśnie dostałam. Plus refleksję, że peerelowskie patriotyczne pierdololo niczym się nie różni od obecnego.
  6. powieść „Mężczyzna imieniem Ove” Frederika Backmana. Przyjemne, miejscami zabawne i skłaniające do prostych wzruszeń, co mnie akurat zdenerwowało, gdyż w następnej kolejności przeczytałam
  7. „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” Swiatłany Aleksijewicz. Sami rozumiecie: tu się wzruszam, aż mnie w gardle ściska, bo stary mrukliwy Szwed przygarnął kota, dał prezent dziewczynce, albo poszedł na grób żony, a potem zaraz czytam o wojnie, śmierci, cierpieniu i nic, żadnej takiej reakcji. I nie dlatego, że książka Aleksijewicz do mnie nie trafia. Trafia znacznie bardziej niż przygody zgryźliwego Szweda, dla którego przywiązanie do marki Saab stanowi istotny rys osobowości. Po prostu nie stara się wywołać płytkiego, fizjologicznego niemal wzruszenia. To dobrze. Poza wszystkim, takie wzruszenie bywa krępujące w sytuacjach towarzyskich.

Tyle na dziś. W sierpniu jadę na urlop, więc możecie się spodziewać bardziej obfitej listy lektur.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s