Lemur na ślubnym kobiercu. Część druga

W zasadzie całą tę imprezę odespałam dopiero teraz. Miałam napisać tę notkę wczoraj wieczorem, ale przed dziewiątą położyłam się na godzinkę i wstałam dziś o siódmej rano. Podobno mąż* próbował mnie budzić, ale byłam twarda i nie dałam się. Wstałam za to wypoczęta i radosna niczym skowronek. Konieczność zmierzenia się z niezbyt wdzięcznym tłumaczeniem nieco tę radość przyćmiła, nie zagłębiajmy się w to jednak. Doskonale wiem, że mogę na temat niezbyt wdzięcznych tłumaczeń wypowiadać się długo i obficie. Wiem również, że kompletnie was to nie interesuje, przejdę zatem do tematu właściwego, czyli dalszej części przygotowań do ślubu.

IMG_6760blurPoprzednią notkę urwałam na zaproszeniach. Okazały się, jak już wspominałam, bardzo piękne. Zastrzeżenia miała tylko moja mama, której nie podobało się po pierwsze, że słowo „rodzice” napisałam małą literą, po drugie zaś, że nie widać, który tapir jest płci męskiej. Ja nie jestem pruderyjna, naprawdę, ale wizja dorysowywania prącia na zaproszeniu ślubnym trochę mnie przerosła. Oficjalna wersja jest zatem taka, że jeden z tapirów istotnie prącie posiada, ale schowane za nogą. Który, to już pozostawiam każdemu do własnej interpretacji.

Samo rozdawanie zaproszeń było natomiast procesem dość przyjemnym i niemal wolnym od problemów. Martwiliśmy się tylko, jak na wieść o tym, że ślub jest cywilny, zareaguje jedna z babć, znana ze swej religijności oraz ze skłonności do nieco dramatycznych reakcji. Pojechaliśmy do niej pełni obaw, pocieszając się trochę tym, że w tym samym czasie w odwiedziny wybrali się stryj ze stryjenką, gotowi w razie czego przez cały weekend łagodzić sytuację. Łazanki przeżuwaliśmy ze szczególnym smakiem, licząc się z tym, że być może więcej już ich nie dostaniemy. W końcu nadeszła ta chwila. Babcia, która ma słaby wzrok, zaproszenie przyjęła, ale go nie przeczytała, zadowalając się streszczeniem ze strony stryjenki, ta zaś odnośny fragment dyskretnie pominęła. Przez kolejne dni oczekiwaliśmy wieści o reakcji na odkrycie. W końcu doczekaliśmy się. Babcia zdziwiła się tylko, kto to wymyślił, skoro „ten Mateusz taki religijny”. Nie uświadomiliśmy jej, że Mateusz w kościele był ostatnio na komunii kuzynki, i to w dodatku mojej, kolejną wizytę planuje zaś w okolicach pasterki.

Nieoczekiwany problem pojawił się natomiast zupełnie gdzie indziej, to znaczy w piwnicy rodziców Mateusza. Ukradziono im stamtąd mianowicie ślubną nalewkę. Co gorsza, złodzieje podeszli do kwestii jej spożywania całościowo, wynosząc również ogórki kiszone i konserwowe, grzybki marynowane oraz kilka pustych słoików, prawdopodobnie w charakterze kieliszków. Rodzice Mateusza nie zniechęcili się jednak i wyprodukowali nalewkę kolejną. Podczas wesela wypito całą, a zatem ich trud i upór nie poszły na marne.

DSC_0625Jeśli już mowa o prąciach i alkoholach, nie można nie wspomnieć o wieczorze panieńskim**. Nie zawierał co prawda fallicznych akcesoriów (miałam za to szarfę oraz opaskę z kocimi uszami), ale alkoholu owszem, sporo. Zaczęło się kulturalnie, zabawą w escape roomach, jednym o tematyce krakowskiej, a drugim pirackiej. Oba udało nam się w końcu otworzyć i wyjść na wolność, gdzie nieoczekiwanie stanęło przed nami analogiczne zadanie: otwarcie butelki prosecco. Zazwyczaj nie stanowi to dla nas problemu, tym razem jednak zabrakło korkociągu. Na szczęście misja zdobycia takowego w pobliskim lokalu gastronomicznym zakończyła się sukcesem. Spożywszy je, udałyśmy się do restauracji Karakter, o której zdążyłam już napisać, jest to bowiem lokal, którego nie mogłam nie polecić. Stamtąd przemieściłyśmy się do pubu z planszówkami i karaoke. Zagrałyśmy w jedną grę, bo im więcej alko, tym mniej ochoty na wysiłek intelektualny, po czym zostałam skłoniona do odśpiewania piosenki. Lokal nie dysponował niestety podkładem do „Międzynarodówki” ani do „Chemical worker’s song”, dziewczyny wybrały zatem „Czerwone korale”. Przynajmniej było to coś czerwonego. Potem śpiewałam jeszcze inne rzeczy, których nie pamiętam. Pamiętam za to jedyny falliczny element imprezy, czyli drinki o nazwie blow job, pite bez użycia rąk. Słodkie są niemożebnie. Po spożyciu takowego poczułam naglącą potrzebę konsumpcji margarity. Została ona w końcu zaspokojona, choć na przeszkodzie stał fakt, że jednego ze składników nie było, a żadna barmanka nie miała doświadczenia w drinkach. Z pomocą google’a i życzliwych podpowiedzi ze strony moich koleżanek jakoś im się udało. Później nastąpiło jeszcze wiele margarit, kilka osób poszło do domu, kilka innych przyszło, aż nad ranem przystąpiono do zamykania lokalu. Cóż było robić, przeniosłyśmy (w zasadzie w owej chwili już przenieśliśmy, bo impreza zrobiła się koedukacyjna) się do Anki. W domu byłam po szóstej rano. Spałam do czternastej, cierpiałam do wieczora. Było doskonale.

Wieczór panieński oznaczał, że do ślubu został tydzień. Mniej-więcej we wtorek zaczęłam się denerwować. Mateusz pomagał mi się uspokoić, każąc wymieniać wszystkie możliwe katastrofy. Gdy doszłam do weselnej bitwy na dania rybne, jakby trochę mi przeszło. Mama przyjęła natomiast podejście farmakologiczne i wręczyła opakowanie środka uspokajającego. Szczęśliwie wypróbowałam go już we środę, bowiem gdyby taki festiwal skutków ubocznych przydarzył mi się w dniu ślubu, zdecydowanie nie byłoby dobrze. We czwartek natomiast okazało się, że źle zapisałam datę manikiuru i pedikiuru. Na szczęście panie zgodziły się, słysząc, jaka to okazja, zostać w pracy po godzinach, za co jestem im dozgonnie wdzięczna. Po godzinach oznaczało wieczór, a zatem sztuczne światło. Gdy następnego dnia przyłożyłam rękę do sukienki, wyszło na jaw, że w świetle dziennym kolor nie pasuje. Dostałam histerii jak prawdziwa bridezilla. Uratowała mnie mama, umawiając mnie do salonu, do którego chodzi, na już. Jej również jestem wdzięczna, podobnie jak manikiurzystce, która się mną tam zajęła. W tym czasie Mateusz również rozwiązywał problemy natury urodowej. Zastanawiał się mianowicie, jak rozwiązać problem potu, który mógłby wszak zacząć perlić się na jego wysokim czole. Muszę przyznać, że było to rozwiązanie tyleż kreatywne, co skuteczne: nabył w Lidlu szmatkę z mikrofibry w kolorze przewodnim. Formalnie do sprzątania, ale o tym przecież nikt nie musi wiedzieć.

Wieczorem zaś udaliśmy się na piwo z przyjacielem Mateusza, który specjalnie na nasz ślub przyjechał z Norwegii. W efekcie położyliśmy się spać dobrze po pierwszej, co nie było szczególnie rozsądne, sądzę jednak, że nieszczególnie nam zaszkodziło. Ja w każdym razie nie miałam następnego dnia problemu z porannym wstawaniem. Ale o tym w następnej notce.

 

*Jak to jeszcze dziwnie brzmi… Choć przyznam się wam, że krótko przed ślubem powiedziałam do kasjerki na stacji benzynowej, że mąż jeszcze tankuje. Czułam się tak jak wtedy, gdy kilka miesięcy przed pierwszą komunią*** podeszłam do ołtarza i nielegalnie przyjęłam opłatek.

**O kawalerskim nie będę się wypowiadać, ponieważ nie było mnie tam. Mateusz wyglądał w każdym razie na zadowolonego.

***Tata próbował wychowywać nas w wierze katolickiej, co jakby trochę nie wyszło.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Lemur na ślubnym kobiercu. Część druga

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s