Lemur na ślubnym kobiercu. Część trzecia i ostatnia

W sobotę, jak już pisałam, odbył się ślub. Wstałam wcześnie rano z lekkim nerwowym bólem brzucha. Wbrew temu, co poprzedniego dnia skutecznie wmówił mojej mamie Mateusz, nie usiadłam do pracy, chociaż mogłam, bo miałam do skończenia próbkę dla biura tłumaczeń*, tylko stanęłam przed szafą i zamyśliłam się głęboko. Nie, nie zastanawiałam się nad tym, co włożyć na ślub, to wszak miałam już wcześniej zaplanowane. W końcu zdecydowałam się na moją jedyną rozpinaną koszulę i losową spódnicę. Koszula nieco rozłaziła się na biuście, co zazwyczaj nie ma znaczenia, gdyż mam pod spodem jakąś bluzkę, ale uznałam, że dziś zostanie mi to wybaczone. Dokonawszy tego trudnego wyboru, wykonałam poranne czynności i poszłam kupić Mateuszowi świeżą bułkę, żeby mógł się łudzić, że żeni się z troskliwa osobą. Potem wyszło na jaw, że wcale nie zjadł tej bułki.

Następnie z bratem i bratową udałam się do fryzjerki. Po drodze otrzymałam od siostry ciotecznej pytanie o nocleg. Zbladłam, zzieleniałam i zaczęłam wydawać bratu nieskładne instrukcje, żeby to sprawdził, a jeśli okaże się, że wszyscy o tym zapomnieli, pojechał do mnie do mieszkania i zmienił pościel, jak również poodkurzał i może zrobił porządek w łazience. Janusz jak to Janusz, zachował stoicki spokój, odmówił odkurzania i odjechał załatwiać sprawy. Dziesięć minut później wysłał mi esemesa, że nocleg jest w hotelu i niczego nie trzeba w związku z tym sprzątać. U fryzjerki jakieś pięć razy zmieniłam zdanie, żeby ostatecznie zdecydować się na pierwszą opcję spośród wykonanych miesiąc wcześniej fryzur próbnych. Bałam się, że moja mama jako wyznawczyni kultu objętości znowu powie, że mam płaską głowę, ale nie powiedziała. Zresztą wcale nie miałam płaskiej głowy.

IMG_6748aOd fryzjerki pojechałam do rodziców, gdzie nastąpiła dalsza część transformacji ze zwykłego lemura w lemura odświętnego. Umalował mnie mój kuzyn Łukasz, mama zainstalowała mi wianek, ubrałam się mniej-więcej sama, gubiąc przy okazji koszulę. Koszula ta zresztą w międzyczasie rozpięła mi się na biuście i gdybym wiedziała, że najczęściej będziecie klikać w link do mojego stanika (w statystykach wszystko widzę), nie zapinałabym jej z powrotem, lecz poprosiła o zdjęcia. Przy okazji naszła mnie refleksja, że typowy strój panny młodej ma za zadanie uniemożliwić ucieczkę. Mój nie był do końca typowy, i to nie tylko kolorystycznie, bo sukienkę miałam łatwą w obsłudze i bardzo wygodną, ale co się nasłuchałam, że nie powinnam mieć torebki ani okularów, to moje. Torebkę oczywiście miałam, ale okulary spoczywały w środku. Jestem jednak próżna i nie chciałam zasłaniać tak pięknie umalowanych oczu. Uciekać też nie miałam ochoty.

Przygotowania Mateusza ograniczyły się natomiast do uczesania brody, ubrania garnituru, instalacji poszetki w brustaszy oraz kwiatka w butonierce. Moja mama sugerowała mu jeszcze zmianę skarpetek, ale sprzeciwiłam się stanowczo, bowiem sama mu te skarpetki kupiłam. Zielone w romby. Moim zdaniem idealne.

Po pierwszej wyruszyliśmy. Oczywiście zaczęłam się denerwować, że nie zdążymy, bo tam jeszcze trzeba podpisać jakiś papier. Bezpodstawnie. Czasu do rozpoczęcia ceremonii było mnóstwo, a samo podpisywanie zajęło może pięć minut. Podczas ceremonii cały czas powstrzymywałam nerwowy chichot. Niektórzy goście zastanawiali się zresztą, czy to, co we mnie wzbiera, to płacz czy śmiech. Zupełnie nie wiedziałam też, co mam zrobić z bukietem, więc nieustannie podawałam go bratowej i od niej odbierałam. Potem brat stwierdził, że byłyśmy w tym tak zgrane, jakbyśmy wcześniej ćwiczyły. Obrączki miała nam podać moja kuzynka (ta, dla której Mateusz poszedł do kościoła), co uczyniła z gracją i w odpowiednim momencie. My nie wykazaliśmy się podobnymi przymiotami, bowiem sięgnęliśmy po nie jednocześnie, a nie po kolei, po czym założyliśmy je sobie na lewe dłonie. W polskiej tradycji zakłada się na prawe. Liczni goście wyrazili zdziwienie, więc przełożyliśmy je zgodnie z tradycją w trakcie wesela.

Nie zostaliśmy niczym obsypani, bowiem ojcowie tak przejęli się misją ulokowania gości w autokarach, że przystąpili do jej realizacji niemal od razu. My i tak musieliśmy jeszcze poczekać na odbiór odpisu aktu małżeństwa. Następnego dnia wyszło na jaw, że zawiera on pomyłkę w imieniu taty Mateusza**. Pozyskawszy akt, pojechaliśmy do hotelu, w którym odbywało się wesele, po drodze robiąc sobie selfiki. Po zwyczajowym powitaniu chlebem i solą oraz rzucie kieliszkami (Mateusz zamiatał je potem tak dokładnie, że obsługa w pewnym momencie kazała mu przestać. Ja w tym czasie trzymałam szufelkę i było mi trochę głupio, choć to wcale nie była zła fucha, bo nie lubię zamiatać) nastąpiły życzenia. Pod koniec ledwo stałam, co spotykało się ze zrozumieniem gościń. Mężczyźni wszak rzadko kiedy stoją przez dłuższy czas w dziesięciocentymetrowych szpilkach. Dostaliśmy wiele wspaniałych prezentów, największą uwagę przykuło jednak w owym momencie pudło mchu, pomysł doskonały i zaskakujący. Otóż jakieś dwa tygodnie wcześniej Mateusz zwierzył się mojej cioci, że gdy podczas omawiania dekoracji z florystką zasugerował pudło mchu na nogi zmęczonych gości, powiedziałyśmy mu (ja, mama i florystka), że wydziwia. Teraz jego życzenie zostało spełnione.

IMG_6758
Blogowy akcent wśród prezentów na rzeczonym mchu. Moneta pochodzi z bydgoskiego ZOO.

Po życzeniach wiadomo, jedzenie. A po jedzeniu pierwszy taniec. Ja do tańców nic nie mam, pod warunkiem, że nie gapi się na mnie wtedy sto osób, więc realizacji typowej formuły odmawiałam od początku. Jakoś jednak trzeba było rozpocząć zabawę, taniec był więc grupowy: rozpoczęliśmy my, rodzice i świadkowie z partnerami, a goście dołączyli chwilę potem. Zabawa toczyła się naturalnym trybem mniej-więcej do dziesiątej, kiedy to należało oficjalnie pokroić tort. Mnie na tym etapie odpadały już nogi***, ale postanowiłam być twarda. Nie przewidziałam, że przed krojeniem znów będzie trzeba tańczyć i to tym razem faktycznie na oczach stu osób. Pod koniec tańca myśli miałam mordercze. Tort zaś okazał się twardy jak skała i potrzeba było dużo siły, by wykroić kawałek. Dokonawszy tego, jak najszybciej uciekliśmy z wesela wraz z naszym kolegą Bartkiem do mieszkania, aby odszukać tam absolutnie najwygodniejsze obuwie. Potem, rzecz jasna, wróciliśmy i nie wiem, czy ktoś zauważył naszą nieobecność. Zabawa trwała. Zespół grał bardzo dobrze i szczerze go polecam. Zirytowałam się tylko, gdy po raz trzeci czy czwarty zarządził utworzenie pociągu, na szczęście koleżanka zauważyła moją minę i czym prędzej nalała mi wina. W tak zwanym międzyczasie nastąpiły oczepiny (martwiłam się, że mój rzut bukietem nie wypadnie dobrze, ale podobno bukiet poleciał jak trzeba) i podziękowania dla rodziców. Nie grano utworu „Cudownych rodziców mam”, gdyż mogłoby się to skończyć wydziedziczeniem. Moja mama szczerze go nie znosi. W ramach zabaw niezwiązanych z muzyką zorganizowaliśmy konkurs wiedzy o patronie stołu. Patronów wybraliśmy wcześniej, a głównym kryterium było nasze widzimisię oraz luźne skojarzenia. Konkurs prowadził Mateusz, bo on lubi publiczne wystąpienia, ja podawałam nagrody w postaci kubków i słoików ze zwierzęciem przewodnim. Uważam, że taki element intelektualny to bardzo miła odmiana.IMG_6761b

Impreza trwała do piątej rano. Bawiliśmy się doskonale, goście twierdzą, że oni również. Mam nadzieję, że i wy czytając tę notkę nie odczułyście/odczuliście znużenia.

*To w zasadzie nie liczyłoby się jako praca, bo próbka to element procesu rekrutacyjnego, więc w zasadzie mogłam się nią zająć bez wyrzutów sumienia. Szkoda, że nie przyszło mi to do głowy.

**Mateusz twierdzi, że nosi on jedno z bardziej mrocznych i metalowych polskich imion: Zbigniew.

***Wcześniej zmieniłam buty na niższe, te jednak okazały się zbyt ciasne na moje spuchnięte nogi. Gdy je kupowałam, były w porządku. W dodatku gdy chciałam je zmienić, okazało się, że nie ma ich w pokoju. Uznałam, że zostały u rodziców. Pojechał po nie mój ojciec. Ledwo się oddalił, jak mama poinformowała mnie, że buty są. Za stolikiem zespołu. Doprawdy, najbardziej logiczne miejsce na buty na świecie.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Lemur na ślubnym kobiercu. Część trzecia i ostatnia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s