Przeczytane we wrześniu 2017

50d1d05ade287b077c9d463d4a16ed5e--woman-reading-the-reader
„Femme lisant près de la fenêtre”, Delphin Enjolras

Już chyba kiedyś wspominałam, że nie zgadzam się z ludźmi, którzy twierdzą, że jesień to doskonała pora, żeby usiąść z herbatką w fotelu i czytać książki. U mnie to się nie sprawdza i nie chodzi tylko o to, że nie mam fotela. Jesienią najbardziej lubię snuć się i kwękać. Poczytać poczytam, ale bez przesady, warunki atmosferyczne same się nie oprotestują. We wrześniu w chwilach wolnych od tej jakże pożytecznej czynności udało mi się przeczytać następujące pozycje:

 

  1. „Słoneczne miasto” Tove Jansson, którego nie zdążyłam przeczytać na urlopie. Może nieco przygnębiające, ale dobre.
  2. „Upiór w bloku” Marty Rysy to kolejna książka, która przypomniała mi, że powinnam być dozgonnie wdzięczna rodzicom za to, że nie musiałam nigdy wynajmować mieszkania.
  3. „Stasi i wilk” Davida Younga, czyli kryminał tak głupi, że w oczy szczypie. W podziękowaniach autor wymienia kilka osób, które „były uprzejme przeczytać pierwszą wersję książki, wyłapując niezgodności”. Nie potrafię sobie w takim razie wyobrazić, jak musiała wyglądać ta pierwsza wersja.
  4. „Fakap. Moja przygoda z korpoświatem” Dana Lyonsa to z kolei utwór ciekawy, ale przetłumaczony dość marnie. Na stronie 69 mamy na przykład taki akapit:

Pracownicy HubSpottu przestrzegają zasad wyszczególnionych w kodeksie kultury pracy, w dokumencie, który kodyfikuje nietypowy język oraz wyznacza zbiór podzielanych zasad i przekonań. Kodeks kulturowy to pewnego rodzaju manifest, prezentacja w PowerPoincie (…) zatytułowana „Kod kulturowy HubSpottu: stwórzmy firmę, którą pokochamy”.

Ten sam termin (pogrubiony przeze mnie w tekście) w trzech kolejnych zdaniach przetłumaczono na trzy różne sposoby, co nie ma najmniejszego sensu i czego nie da się usprawiedliwić unikaniem powtórzeń. A jeśli taki był zamysł tłumaczki, to wykonanie jest wyjątkowo nieudolne.

Interesujące są również następujące fragmenty:

(…) Zaproponowali mi posadę „gościa od marketingu”. Mój tytuł był nietypowy, ale także ujmujący, o quasi-akademickim wydźwięku. Pozwalał na domysł, że przypadnie mi rola éminence grise.

Stanowisko, które dla mnie przygotował, to coś w rodzaju „gościa od marketingu”, przez co rozumiem, że zatrudniają mnie w firmie w charakterze specjalnego doradcy. Minus jest taki, ze to nie prawdziwa nazwa posady, jak dyrektor czy wiceprezes, które to tytuły nosi się przed nazwiskiem, jeśli rzeczywiście należy się do zespołu kierowniczego. Prawdę mówiąc, „gość od marketingu” sugeruje, że tak naprawdę nie zaliczam się do firmy, jestem gościem, tymczasowym pracownikiem, kimś, kogo trzyma się na dystans. Nie mam zielonego pojęcia o życiu w korporacji, żeby złapać to w lot. Wydaje mi się, że gość od marketingu to spoko określenie.

Długo i bezskutecznie zastanawiałam się, co może stać za tajemniczym określeniem „gość od marketingu”. Po polsku brzmi to nieformalnie i zupełnie nie nadaje się na nazwę stanowiska, początkowo uznałam więc, że może wynika to z pewnej pozy startupowców, próby kształtowania luzackiego wizerunku firmy. To jednak nie pasowało do „quasi-akademickiego wydźwięku”. W końcu zaniechałam domysłów i znalazłam Dana Lyonsa na LinkedInie. Wyjaśniło się: był on zatrudniony na stanowisku „marketing fellow”. Owszem, fellow może odnosić się do gościa w znaczeniu „koleś, chłop, facet”, ale nie o to tu chodzi. W kontekście akademickim słowo to oznacza albo typ pracownika naukowego, albo stypendystę. Może się też odnosić do członka jakiejś organizacji. Występuje jednak również w nazwach stanowisk niezwiązanych z pracą na uczelni i oznacza po prostu doradcę. I to właśnie takiego tłumaczenia należało użyć. Dobrym wyjściem byłby też termin „konsultant”, bo łatwiej go IMHO podciągnąć pod wydźwięk akademicki. „Gość” to rozwiązanie kreatywne, nie przeczę, ale błędne. A morał z tego taki, że lepiej więcej googlać, a mniej kombinować.

  1. „Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy” Swiatłany Aleksijewicz ma, podobnie jak inne książki autorki, ma tę osobliwą właściwość, że pomimo ciężaru tematu czyta się ją szybko, nie odczuwając potrzeby odpoczynku, oderwania się od tych wszystkich wymordowanych wsi i głodujących sierot.
  2. „Pieczeń dla Amfy” Salci Hałas to bez wątpienia najlepsza rzecz, jaką przeczytałam w tym miesiącu. Na początku szło trochę ciężko, bowiem autorka eksponuje niekorzystne warunki atmosferyczne, na które jestem, jak już wspominałam, wyczulona, ale potem i mnie trochę przeszło, i tam się pory roku zaczęły zmieniać.
  3. „Okrakiem na barykadzie. Dziennikarze i celebryci” Wiesława Godzica czytałam z przerwami, głównie wtedy, gdy nie miałam ochoty czytać nic innego. Nie była to dobra strategia, bo gdy dotarłam do końca, słabo pamiętałam początek. Powstrzymam się zatem od oceny.

To tyle. Na październik plany czytelnicze mam obfite, bo zainteresowało mnie wiele nowości. Widocznie wydawcy również wierzą w fotel, kocyk i herbatkę. Zobaczymy, czy cokolwiek z tych planów wyjdzie.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Przeczytane we wrześniu 2017

  1. Wygląda na to, że David Young nie jest wyjątkiem. Niedawno czytałem wybitne dzieło aspirującej „kryminalistki” Very Eikon, która jak sama twierdzi, najlepiej odnajduje się w tematyce kryminalnej, i momentami kompletnie baraniałem. Scena, w której zawodowy likwidator miejsc zbrodni usuwał ślady krwi w łazience krochmalem(!) wprawiła mnie w osłupienie. Być może likwidator był magikiem, bo potem zwłoki dorosłego mężczyzny zawinięte w dywan schował w bagażniku Golfa III. Wychodzi na to, że szanowna autorka nie zna się ani na kryminalistyce, ani na… praniu. Z tajnikami motoryzacji też u niej krucho. Ponadto handlarze narkotyków dzielnie sprzedawali raz stuff, raz staff, poruszali się vanem lub wanem, a główny bohater „umieszczał kawę w podstawku”. Takich smaczków było dużo, dużo więcej. I nie były to błędy tłumacza, bo pani Vera, dumna i blada, jest Polką. W dodatku jest sama sobie pisarką, redaktorem i wydawcą. Koniec końców, po przeczytaniu tego kryminału, poczułem się zgwałcony intelektualnie i na jakiś czas straciłem ochotę na młodych autorów. Zwłaszcza tych, którzy uprawiają self publishing.

    Polubione przez 1 osoba

    • Dla mnie informacja o self publishingu to pewne ostrzeżenie i od początku podchodzę do takich dzieł z rezerwą. Powiedz mi przy okazji, czy pani Vera pisze tak głupio, że aż śmiesznie, czy po prostu głupio?

      Polubienie

      • Jak dla mnie, głupio i pretensjonalnie. Choć sam pomysł nie był taki do końca zły. Myślę, że dobry redaktor mógłby książkę uratować. Na podstawie jednej książki trudno powiedzieć, czy to profesjonaliści wysłali panią Eikon na drzewo, czy też sama sobie krzywdę zrobiła. A na resztę twórczości jakoś straciłem ochotę.

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s