Baby są jakieś dziwne

Czasem mam ochotę wyjść ze złoconych ram dobrego wychowania i informować ludzi, którzy nie mają racji w internecie, że pierdolą. Myślę, że przez chwilę mogłabym poczuć się od tego lepiej. Problem w tym, że ludzi, którzy nie mają racji w internecie, nie skłoniłoby to do zmiany poglądów. Co prawda na rozsądną argumentację też są zazwyczaj raczej odporni, ale wtedy przynajmniej jest szansa. Zaś jedyne, co może w nich wzbudzić krótkie i płynące z serca „Ale ty pierdolisz!”, to poczucie, że właśnie zyskali status komcionauty wyklętego, brutalnie atakowanego przez przeważające siły wroga. Najczęściej nie piszę nic, bo nie mam czasu albo siły na flejmy. Tym razem też nic nie napisałam, ponieważ nie miałam ani jednego, ani drugiego.

Komentarz dotyczył gwałtów i brzmiał następująco:

Winne nie, ale niektóre kobiety się proszą niestety. Ostatnio widziałam kilka pań zapuszczających się samotnie w odstępach co ok. 15 min w taką szemraną część parku przy stawie – za dnia bym tam nawet nie szła sama, a one beztrosko jedna po drugiej schodziły między krzaczorami, by trochę pochodzić przy stawku. Zero ludzi wokół, robiło się szarawo (ok. godz. 17.30). Teren mocno zalesiony, w takim dole, więc z daleka nie widać, że coś może się dziać. Baby są jakieś dziwne.

W pierwszej chwili naprawdę nie przyszło mi do głowy nic poza bluzgiem. Jak można twierdzić, że proszeniem się o gwałt jest przebywanie na terenach rekreacyjnych w godzinach popołudniowych?! Jeżeli autorka (nie wiem, czy zwróciłyście uwagę, że komentarz pisała kobieta) tak to postrzega, to gdzie stawia granicę? Czy pójście w to samo miejsce o godzinie trzynastej, kiedy jest jeszcze całkiem jasno, jest dla niej akceptowalne? A spacerowanie w okolicy tłumnie uczęszczanej, ale za to po zmroku? Czy może odpowiednie dla poruszającej się bez towarzystwa kobiety miejsce musi spełniać oba te warunki? To w dyskusji toczącej się pod postem — szczęśliwie bez mojego udziału, gdyż, jak pisałam wyżej, zdolna byłam wówczas raczej do łamania netykiety niż do merytorycznej argumentacji — nie zostało wyjaśnione. Nie ma to jednak większego znaczenia: nawet jeśli wystarczy tylko jeden, mamy przejebane*. Aby uniknąć oskarżenia o proszenie się o gwałt**, a zatem o współodpowiedzialność, powinnyśmy bowiem zrezygnować z pracy poza domem, jeżeli rozpoczynamy ją w godzinach, które zmuszają nas do wyjścia z domu, gdy — zwłaszcza zimą — nie jest jeszcze zupełnie jasno, lub kończymy ją w porze, kiedy robi się już ciemno. Poza biurem Ryszarda Petru nie ma wielu miejsc, które oferowałyby takie warunki. Od listopada do marca odpadają też wszelkie zajęcia dodatkowe oraz spotkania ze znajomymi, o ile nie będzie nas eskortował mężczyzna. Ponadto stanowczo niewskazane jest mieszkanie w okolicach słabo zaludnionych, zwłaszcza w przypadku, gdy nie posiadamy samochodu.

Brzmi absurdalnie? To dlatego, że jest absurdalne. Jest jednocześnie logicznym wnioskiem wyciągniętym z zacytowanych wyżej słów. Ich autorka nie jest odosobniona w swoim podejściu. Gdy mówi się o problemie gwałtów, nacisk często kładzie się na to, co powinna zrobić kobieta, aby ich uniknąć: gdzie nie chodzić, w co się ubierać, czego pilnować, na co zwracać uwagę. Jest to narracja tak powszechna, że ograniczenia z tego typu uznajemy do pewnego stopnia za naturalne: dla autorki oczywistym wszak było, że nad zarośnięty staw nie chodzi się samej. Rebecca Solnit w eseju „Babka pająk” pisze:

Kiedy byłam młoda, na kampusie wielkiego uniwersytetu zgwałcono kilka kobiet. Władze poradziły wszystkim studentkom, żeby nie wychodziły po zmroku, a najlepiej, żeby nie wychodziły w ogóle. Idź do domu. (Jeśli je­steś kobietą, zamknięcie zawsze czeka, aby cię otoczyć). Jacyś żartownisie rozwiesili plakaty proponujące inny środek zaradczy: wykluczenie z kampusu po zmroku wszystkich mężczyzn. Było to równie logiczne rozwiązanie, mężczyzn jednak zaszokowała sugestia, że mieliby zniknąć, stracić swobodę ruchu i możliwość uczestnictwa, tylko z powodu przemocy dokonywanej przez jednego człowieka.

Przykład ten pokazuje, że o ile zastosowanie odpowiedzialności zbiorowej wobec kobiet — a zatem potencjalnych ofiar — jest posunięciem akceptowalnym (wszak zdecydowały się na nie władze uczelni), o tyle taki sam środek zastosowany wobec mężczyzn — potencjalnych sprawców — budzi szok. Nie jest to zdrowa sytuacja.

I staje się jeszcze mniej zdrowa, gdy przypomnimy sobie fakt, który jakoś wciąż nie może przedostać się do publicznej świadomości: większość gwałcicieli to osoby znane ofierze. Zboczeńcy z krzaków to tylko niewielki procent sprawców. To nie ich należy się w pierwszej kolejności bać. Dlaczego zatem ostrzega się właśnie przed nimi? Zapewne jest w tym jakaś mniej lub bardziej uświadomiona chęć zamknięcia kobiet w domach, poddania ich kontroli, żeby nie łaziły wszędzie gdzie chcą, jak, nie przymierzając, ludzie. Niektórzy ponadto nie uznają istnienia gwałtu małżeńskiego, sądząc, że mężczyzna ma święte prawo spółkować ze swoją żoną niezależnie od jej opinii na jej temat, a jeśli sprawcą był inny członek rodziny, wskażą zapewne na potrzebę prania brudów we własnym domu. Głównym powodem wydaje mi się jednak fakt, iż przyznanie, że sprawcą przemocy seksualnej może być potencjalnie każdy, utrudniłoby przerzucenie winy na ofiarę: nie można się wszak uchronić przed wszystkim.

Nie znaczy to oczywiście, że się nie próbuje: jeśli kobietę zgwałci znajomy, oznacza to, że obracała się w nieodpowiednich kręgach. Jeśli przełożony, to mogła przewidzieć jego zamiary i odejść z pracy. Jeśli członek rodziny, to najwyraźniej była to rodzina patologiczna, a więc i sama kobieta była patolką. Jeśli mąż, to nie był to gwałt. A w ogóle to mogła nie prowokować.

Jest to kurewsko smutna sytuacja. I nie powinno w związku z tym dziwić, że gdy czytam w jej kontekście zdanie „Baby są jakieś dziwne”, mam ochotę odpowiedzieć „Chyba, kurwa, ty”. Bo nie jest niczym dziwnym chcieć normalnego życia.

 

*Pierdolenie już było, więc nie będę się ograniczać.

**Piszę te słowa z takim wstrętem, że potrzebuję kursywy, aby się do nich zdystansować. Nie jest to wystarczający środek zaradczy, ale zawsze to coś.

6 uwag do wpisu “Baby są jakieś dziwne

  1. Znowu mnie natchnęłaś do elaboratu, przepraszam.
    A, to co napiszę, nie jest podparte żadnymi badaniami, tylko moim wewnętrznym misię wydaje.

    Zwykle w takich tekstach, jeśli pisane są przez kobietę, widzę bardzo mocny i bardzo porządnie schowany lęk. To gdybologia, jasne, ale wydaje mi się, że w tych „sama się prosiła”, „mogła tam nie wchodzić” siedzi w gruncie rzeczy: „bo *ja* jestem rozsądna, znam zasady, *mnie* się coś takiego nie przydarzy, to dotyczy tylko głupich nierozsądnych kobiet. A jak im powiem, że są głupie i nierozsądne, to sama przez to będę jeszcze mądrzejsza i bezpieczniejsza. Bo takie rzeczy to mnie nie dotyczą; patrzcie jaka jestem mądra i grzeczna…”
    Takie histeryczne zaklinanie rzeczywistości, bliskie myśleniu przesądnemu.
    Na studiach nam mówiono, że grupy narażone na duże ryzyko i zarazem mocno zależne od czynników zewnętrznych (sportowcy, marynarze, piloci, żołnierze) mają dużą skłonność do ulegania przesądom, bo człowiekowi potrzebne jest poczucie kontroli. Sztormem się nie da zarządzać, ale przecież można pilnować, żeby splunać przez lewe ramię i mieć na głowie fartowną czapkę. Łatwiej jest pilnować detali, niż przyznać, że ma się na coś nieduży wpływ.
    Z kolei w bardzo fajnych, choć malutkich badaniach z 2004 roku (około 100 badanych), wyszło, że skłonności do myślenia i zachowania przesądnego mają bardziej ludzie o poglądach konserwatywnych (skala opracowana przez Adorno), o wyższym natężeniu cechy autorytarności, wyżej lękowi i bardziej negatywnie nastawieni do świata (kwestionariusz temperamentalny FCZ). Nie było tam wynikania, tylko współwystępowanie.

    To by troszkę wyjaśniało i tę konserwatywną potrzebę zmuszania innych do postępowania, które się samemu uważa za słuszne; i obstawanie przy irracjonalnym przekonaniu, że da się nie wychodząc po zmroku uniknąć wszelkiego zła. Wykładowca mówił nam też, że jedną z ważnych cech definiujących paranoję jest nie tylko poczucie osaczenia, ale także pewna naiwność. Tzn. wszyscy chcą mnie otruć, ale wystarczy pilnować kubka z kawą, i już się jest bezpiecznym. Też by pasowało.

    Jeszcze raz Cię przepraszam za długaśny wpis. Natychasz ludzi. 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    • Ależ nie przepraszaj, twój komentarz jest bardzo ciekawy! Wydaje mi się, że twoja intuicja jest słuszna i kobiety, które głoszą takie poglądy istotnie do pewnego stopnia przekonują same siebie, że jeśli będą zachowywać się „właściwie”, nic złego ich nie spotka.

      Polubienie

    • O, ja właśnie to samo chciałam napisać – tu o zaklinanie rzeczywistości i moim zdaniem chodzi. „Mnie to nie dotyczy”, „mi się to nie przydarzy”, wystarczy tylko spełnić kilka zasad. A nawet jak mi się zdarzy wracać do domu po zmroku przez odludzie, to przypadkiem i z korepetycji łaciny, nie imprezy z alkoholem.

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s