Przeczytane w styczniu 2018

Sama nie wiem, co mam myśleć o tym styczniu. Z jednej strony trwał tak długo, że ledwo pamiętam o książkach, które przeczytałam na początku, z drugiej jednak wcale się nie dłużył, nie był pasmem ciągnących się w nieskończoność podobnych do siebie dni, jak to się zdarza z niektórymi miesiącami. Nie, żeby wydarzenia były jakoś szczególnie zróżnicowane. W pracy praca, po pracy często również praca, czasem jakieś rozrywki nieodbiegające od normy. A książek tylko sześć, bo tramwajem mam dwanaście minut w jedną stronę, rano przeważnie na stojąco, to co ja za ten czas przeczytam?

  1. I tak dobrze, że „Pegaz zdębiał” Barańczaka skończyłam jakoś tuż po sylwestrze, bo tachać taką kobyłę (no pun intended) w twardej oprawie po mieście nie byłoby zbyt wygodnie, jeszcze bym współpasażerowi przyłożyła rogiem podczas jazdy zatłoczoną dziewiątką, a na co to komu.
  2. „Balladę o pewnej panience” Twardocha miałam na szczęście na czytniku, zawsze to mniej ewentualnych strat w ludziach. Gdybym miała opisać tę książkę w najbardziej skondensowanej formie, rzekłabym, że to zbiór opowiadań o ciałach Ślązaków. O różne rzeczy tam bowiem chodzi, ale zawsze wiążą się one w jakiś sposób z tym, że jeden żylasty, drugiemu brzuch wisi, a trzecia z kolei piękna jak ten róży kwiat. Nie mam nic do ciał ani tym bardziej do Ślązaków, ale trochę to było monotonne.
  3. „Boczne drogi” Chmielewskiej już kiedyś, rzecz jasna, czytałam, ale wczesnej Chmielewskiej nigdy dość. Pięciu minut nie wytrzymałabym z tą rodziną, a Markowi w ogóle najchętniej odgryzłabym głowę, ale czyta się o niej znakomicie.
  4. „Czarną” Kuczoka przeczytałam albo dlatego, że znajoma polecała, albo z powodu promocji, już nie pamiętam. Musiałam w tym celu przełamać niechęć do serii, nabytą po zderzeniu z dziełem „Ostatnia wizyta” Jacka Ostrowskiego. Od razu mówię, że dzieło to ledwo zaczęłam, ale to mi wystarczyło, początek bowiem był wyjątkowo durny. Ostatnio zaczęłam rozważać lekturę w celach humorystycznych. Co do samej „Czarnej”, to głupot tam nie ma, czyta się dobrze, ale z drugiej strony nie jest to rzecz, do której zamierzałabym wracać.
  5. „Socjopaci są wśród nas” Marthy Stout to książka, której nie nabyłabym, gdyby nie była w promocji, i w zasadzie nie miałabym czego żałować. Niby całkiem ciekawa, ale zaczęła mnie irytować w momencie, w którym autorka postanowiła wyłożyć czytelnikowi, dlaczego socjopatą być się nie opłaca. Być może jej celem było zachęcenie socjopatów do zmiany podejścia do życia, jednak wątpię, by miało to odnieść jakikolwiek skutek.
  6. „Szklanka czystej wody” Edigeya to dzieło odprężające i w pełni spełniające pokładane w nim oczekiwania. Jest zbrodnia, jest przenikliwy milicjant, jest rozwiązanie zagadki. Czasem to wszystko, czego potrzeba.

I tyle. Na luty planuję zakup kilku ciekawych pozycji, ale ostatnio na nowo wciągnęłam się w seriale, więc nie wiem, jak to będzie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s