„Ciotka Zgryzotka” — recenzja

jezycjada-tom-22-ciotka-zgryzotka-w-iext52337751
Okładka

Tekst zawiera spoilery oraz ujawnia zakończenie.

Dziwna rzecz z tą Musierowicz. Człowiek lemur wie, że to już nie będzie to, a mimo wszystko kupuje, czyta, dyskutuje, wkleja na fanpage fragmenty. Najnowsza książka, nosi tytuł „Ciotka Zgryzotka” i ma trzy główne wady: formę, treść i przekaz.

Teoretycznie jej główną bohaterką jest Nora Gorska, córka Patrycji. W praktyce jednak nie mamy nawet kiedy dobrze jej poznać, bowiem większą część powieści zajmuje szczegółowy wykaz zmian, jakie zaszły u Borejków, ze szczególnym uwzględnieniem przeprowadzek, remontów, ślubów i dzieci. Kolory ścian w rozlicznych kuchniach zdają się obchodzić autorkę znacznie bardziej niż to, co powinno stanowić główny wątek. Odnosi się wrażenie, że Małgorzata Musierowicz nie jest już w stanie wykrzesać z siebie zainteresowania dla perypetii nastolatki. Jej uczuciom również nie poświęca większej uwagi, zrzucając wszystko na karb burzy hormonów. Sygnalizuje przy tym kilka kwestii, które mogłyby być całkiem ciekawe, gdyby tylko je rozwinąć. Do rozwinięcia jednak nie dochodzi.

Przykładowo, pogorszenia kontaktów Nory z ojcem nie obserwujemy bezpośrednio. Owszem, Nora uskarża się na niezrozumiałą zmianę w jego zachowaniu, głównie, jak to nastolatka, nazywając go despotą, jednak jedyna konfrontacja, której jesteśmy świadkami, prowadzi do rozwiązania konfliktu. Mnie osobiście* rozwiązanie owo przyprawia o zgrzytanie zębów. Ojciec, widząc, że jakiś chłopak całuje Norę pomimo jej protestów, łapie go za fraki ze słowami „Moją córkę masz szanować!”, po czym przeprowadza dość kuriozalną wychowawczą rozmowę z córką. Mówi jej, że jest twarda, a przez to skłonna do buntu i pakowania się w tarapaty, w związku z czym należy jej pilnować. Uzasadnia to tak: „Nie mogę pozwolić, żeby cię spotkał jakiś dyshonor. Jestem twoim ojcem, zawsze. zależy mi na tym jaka będziesz. Masz być (…) wspaniała. (…) Nie dla mnie, dla siebie. i dla tego, kto cię w końcu zdobędzie. Masz być tak wspaniała, żeby na ciebie trzeba było zasłużyć”. Przekładając na język mniej aluzyjny: trzymaj nogi razem i wiedz, że za niechciane awanse kolegi to ty jesteś odpowiedzialna. A ona na to, że się postara!

Scena ta, poza wszystkim, ma nam też udowodnić, że niechciany adorator, niejaki Gaudenty, nie jest dla Nory odpowiednim chłopakiem. No nie jest, nie da się ukryć, choć ten odpowiedni też nie lepszy, bliższa jego znajomość z Norą rozpoczyna się bowiem od podglądania jej przez lunetę oraz dwóch esemesów o treści „WIDZĘ CIĘ” i „MUSISZ ŻŻUCIĆ** PARĘ KILO”. Dziewczyna początkowo słusznie uznaje je za obleśne, ale gdy dowiaduje się, kto był ich nadawcą, przestaje jej to przeszkadzać.

Autorka chciała prawdopodobnie zarysować tu jakiś dylemat, postawić bohaterkę przed wyborem między chłopcem przystojnym i popularnym (to ten, co całował) a zwyczajnym, ale miłym (to ten, co wysyłał), jednak czytelnik szybko pozbywa się wszelkich wątpliwości. Być może powracają one pod koniec, gdy Nora oświadcza, że nie jest zainteresowana związkiem, gdyż jej przyszłość powinna łączyć się z nauką i pracą, ale tylko na chwilę: z ostatniej strony dowiadujemy się, że bohaterowie pobiorą się, będą mieli syna imieniem Florian (po ojcu Nory), zamieszkają na Roosevelta 5, a wybranek obroni doktorat. O osiągnięciach zawodowych dziewczyny nie ma ani słowa. Wystarczy jej dziecko.

No właśnie: dziecko. Dzieci są w tej książce szalenie ważne, a dotknięcie noworodka ma moc magiczną, leczącą groźne teściowe ze „zrezygnowanej goryczy”, wydobywającą kobiecość z suchych i ostrych szwagierek, pozwalającą szesnastolatkom nawiązać łączność z bogiem. Macierzyństwo przedstawione jest jako jedyna droga do szczęścia, zaś małżeństwo jako jedyna droga do czegokolwiek w ogóle. Agnieszka i Ignacy Grzegorz (to ich dziecko prezentuje te magiczne właściwości) są już po ślubie, Józinek żeni się z Dorotą, a Jacek Tanaka (Japończyk, ale w porządku, bo ochrzczony), który pojawia się na ślubie, uznany zostaje za doskonałego przyszłego męża Łusi, choć ta przedstawia go jako kolegę.

Sam ślub z kolei jest przykładem absolutnego oderwania autorki od rzeczywistości, niejedynym zresztą. Na tydzień przed ślubem to ja się umawiałam na paznokcie i zamawiałam druk winietek na stoły, wszystko inne mając już pozałatwiane, w książce natomiast państwo młodzi liczbę gości znają z dokładnością do trzydziestu sztuk, nie mają pojęcia, na czym ich usadzić i zamierzają jeździć pożyczać stoły i krzesła po sąsiadach, nie wiedzą, ile potrzebują jedzenia, jakiego i skąd je wziąć (poza tym, że część będzie od sąsiadek), a przy tym są absolutnie nieświadomi tego, że stoją na skraju katastrofy. Wszystko ostatecznie bez najmniejszego problemu załatwia matka panny młodej, na co dzień mieszkająca w Oslo. Prędzej uwierzyłabym, że zrobiły to krasnoludki. Tymczasem jest nawet orkiestra, choć trochę fałszuje, zaś na wesele przybywają liczni dawno niewidziani znajomi rodziców, w tym jedna para z Francji. Znajomych Doroty i Józinka nie ma, chyba żeby liczyć Igora, który ileś lat wcześniej durzył się w Dorocie, a teraz przyszedł pijany zakłócać imprezę, szybko został jednak wyproszony.

Poza weselem są też takie cuda, jak pracownicy naukowi deklarujący we wrześniu, że przed nimi jeszcze miesiąc urlopu, długi, bo aż kilkugodzinny poród (można ostatecznie uznać, że autorka przedstawia tylko punkt widzenia Grzegorza, który o porodach wie niewiele, gdyż jest mężczyzną***), całkowicie niezrozumiała sytuacja finansowa chyba wszystkich bohaterów i wiele innych rzeczy, omawianych szeroko na forum ESD.

Do tego klasyka: święta Gabriela i idealny Józef, Ida z obsesją na punkcie cudzej wagi, zepsucie współczesnego świata (objawiające się między innymi istnieniem zumby), zapominanie o postaciach spoza klanu (Grzegorz znów zapomniał, że ma córkę), zachwyt nad pięknie sklepionym czółkiem. Niewiele, jak już pisałam, pozostaje miejsca dla głównej bohaterki. Szkoda. Gdyby jej na to pozwolić, być może okazałaby się interesującą postacią.

* Podobno nie należy mówić „ja osobiście” i „mnie osobiście”. Mnie osobiście to pieprzy.

** Pan odpowiedni ma kłopoty z ortografią.

*** W opinii autorki to wszystko tłumaczy.

19 uwag do wpisu “„Ciotka Zgryzotka” — recenzja

  1. Szczerze podziwiam Twoje zmagania z tą lekturą, bo ja porzuciłam Borejków po „Kwiecie kalafiora” i już nigdy nie wróciłam do tego domu pełnego ludzi o dziwnych imionach, nierealnych problemach, kompletnie oderwanych od rzeczywistości. Jak czytam Twoją recenzję to się wkurzam, bo jakieś kolejne Nory i inne Patrycje dostają od autorki info, że są nieważne. Dobrze, że mamy kilka fajnych książek, które pokazują świat spoza ulicy Roosvelta. Na pochybel Musierowicz!

    Polubione przez 1 osoba

  2. Zgadzam się z Tobą całkowicie. Oczywiście ja też pognałam do księgarni, karnie kupiłam „Zgryzotkę” i pochłonęłam ją dość szybko, na zmianę ciskając przekleństwa lub jęcząc przeciągle (i budząc tym chłopaka, który w półśnie pytał „co tym razem Ci Musierowicz zrobiła?”).

    Wątek niebadającej się i trującej siebie i nienarodzone dziecię farbami (sorry, ale każda osoba po ASP — w tym MM — powinna wiedzieć, że w pewnych momentach ciąży po prostu powinno się unikać niektórych substancji w farbach) wyprowadził z równowagi nawet moją pławiącą się w blasku macierzyństwa ciut bardziej konserwatywną ode mnie koleżankę. Nie mówiąc o tym, że Nora potrafi trzymać dziecko „bo jest dziewczyną”. Rzyg.

    Straszna szkoda, bo ta książka mogł

    Polubienie

    • (w żalu komentarz wysłałam, kończę więc w odpowiedzi)cd: mogła być na pewno lepsza, niż poprzednie tomy. Nora ma potencjał na ciekawą bohaterkę. Szkoda, że w tej książce nie ma miejsca na jej historię, a w chwili, kiedy może być ciekawie wpada w pułapkę „nice guya” Podeszwy, który „pracował nad długofalową strategią”. Rzyg.

      Plus cały wątek z tym, jakoby Ignacy nie znał tożsamości Kala Amburki a potem jednak wiedział, ale nie powiedział… kretyński. Szkoda, bo ten motyw uważam za naprawdę fajny, w kalamburce się zaczytywałam pod koniec podstawówki, ale zakładałam, że ten stary pretensjonalny buc przynajmniej wspiera żonę w utrzymywaniu sekretnej kariery dramaturgicznej. Pff.

      Polubienie

  3. Śluby. Niemowlaki. Fatszejmujący dziewczynę typulo, który jednakowoż zdobędzie w końcu jej względy, bo autorka uważa, że tak to działa. Dziewiętnastowieczny ojczulek z flintą. Wszystko to razem brzmi jak przydługi odcinek „Złotopolskich” – czyli niczym ostatnia książka, którą bym chciała przeczytać.

    Polubienie

  4. Chryste Panie. A ja, naiwna, wybrzydziłam się już na etapie Brulionu BB, że raptem wszyscy chodzą na pielgrzymki i zrobili się tacy konserwatywni… O ja prosty byt.
    Na kogo, proszę wybaczyć, głosują Borejkowie?

    Polubienie

  5. ja jeszcze nie czytałam, ale chyba nie kumam, po co się uzewnętrzniać…skoro to takie błeee, to jaki sens kupować, czytać, cierpieć i potem hejtować? dla mnie Musierowicz i jej „Jeżycjada” to własnie oderwane od brutalnej rzeczywistości lekkie, śmieszne lektury. przecież wiadomo, że dziś takich rodzin nie ma, ale po to się czyta Musierowicz, aby pobyć w odrealnionym świecie…przynajmniej ja czytam z tego powodu;-) i dobrze mi z tym

    Polubienie

  6. @ Monika
    No właśnie wcześniejsze tomy, pisane jeszcze za poprzedniego systemu były realistyczne. Lekkie, dowcipne, z wdziękiem – i oparte na rzeczywistości.
    Dialogi brzmiały po ludzku, nie były bombastycznymi wkuropatwiającymi przemowami. Bohaterki słuchały tego, co akurat wtedy było popularne (Niemena, Locomotive), dzieci czytały Misia albo Świerszczyk, a na pytanie pana Paszkieta „To co, wszystkie przerzucacie się łacińskimi cytatami i czytacie Senekę?” Ida odpowiedziała coś w duchu „Ależ skąd! Tylko Gaba taka jest.”
    Borejkowie mieli przyjaciół, z którymi się spotykali, Gaba trenowała koszykówkę, Ida czytała romansidła, Nutria chciała być chłopcem, Bobcio malował pisanki z Hitlerem.

    A teraz? Rodzina zakamieniałych konserwatywnych zgorzkniałych ludzi. Dulscy w okopach Świętej Trójcy, gardzący wszystkim, co nowsze od dwudziestolecia międzywojennego. Tata Borejko, który parę lat temu zrobił awanturę o zmywarkę, bo to fanaberia. Ida, poniżająca tęgą dziewczynkę. Śluby tuż po maturze. Zero ciepła, zero dowcipu, zero luzu.
    Do tego kiepsko napisane.

    Bardzo lubiłam Jeżycjadę i dlatego tak mnie boli jej degrengolada.

    Polubione przez 2 ludzi

  7. Czy było powiedziane cokolwiek o Laurze I Adamie? W końcu takie halo było z tej jej ciąży, wiadomo cokolwiek o 3 letnim już dziecku?

    Polubienie

    • Dziecko nazywa się Juleczek (podejrzewam, że raczej Juliusz niż Julian) i Laura podrzuca je rodzinie, by móc się zająć obowiązkami zawodowymi. Poza tym pojawia się na ślubie i przepięknie śpiewa w kościele oraz równie przepięknie wygląda. Adam istnieje chyba w domyśle.

      Polubienie

    • Faktycznie. Swoją drogą, cała sytuacja Róży to głęboki idiotyzm. Po pierwsze, żadne nie pomyślało o tych dzieciach ani przez chwilę. Czas, żeby załatwić szkołę w Polsce i, co równie ważne, przygotować dzieci na zmianę środowiska, był przez pół wakacji. To nie, trzeba to załatwiać na łapu-capu we wrześniu.
      Po drugie, skąd w ogóle pomysł, żeby coś takiego robić?! Odsyłać żonę do rodziców, żeby zaoszczędzić na wynajmie?! Co to ma być?

      Polubienie

  8. Tak mi strasznie smutno, jak czytam te nowe książki Małgorzaty Musierowicz i ich recenzje i chciałabym bronić dawnej ulubionej Autorki, ale nie mam czego, bo we wszystkim masz rację 😉 Już tam pal sześć te wszystkie irytacje z turbo weselem, turbo porodem, turbo romansem. Najgorsze jest, że tam totalnie nie ma historii, nie ma przemiany bohaterki, nie ma punktów zwrotnych, napięcia, kulminacji. Taki 1453 odcinek „Klanu”…

    Polubienie

  9. Ja, jako 17 letni chłopak uwielbiający Jeżycjadę, chciałbym napisać mój punkt widzenia: przede wszystkim jeszcze nie przeczytałem. Zaczynam od nowa całą serię, bo chcę to wszystko przeżyć jeszcze raz. Nie mogę się doczekać przeczytania Ciotki(nawet Wasze opinie mnie nie zraziły), ale jedno jest prawdą – za mało uwagi jest poświęcane głównym bohaterkom. Bardzo żałuję faktu, iż( z tego co piszecie) Nora jest tak mało pokazana – cała rodzina Pulpecji(w której się zakochałem – we wszystkich aspektach) jak i jej córki uważałem za fajne postacie, szczególnie w kwestii wagi( coś innego co nie? sam lubię „większe” dziewczyny – przepraszam za uzewnętrznianie się, ale chcę żebyście dobrze to pojęły(li) i miałem nadzieję że pani M. wprowadzi postać podobną do Florka – kogoś lubiącego takie dziewczyny i kochające je całym sercem). Pulpecja była kobietą z krwi i kości, a z tego co tu czytam… Fat shaming? Naprawdę pani M.? No kurczę, szkoda. Dalszą opinię napiszę po przeczytaniu wszystkich 22 tomów. Pozdrawiam!

    Polubienie

  10. Nie znam się zbytnio na Musierowiczowej, ale kilka razy czytałam analizy jej złych książek (np. na Armadzie), więc trochę „ogarniam temat”.
    „dla tego, kto cię w końcu zdobędzie” – nie znoszę tego uprzedmiotowiającego stwierdzenia. Zdobywa to się trofeum, rzecz jakąś, umiejętność, a nie człowieka na własność.
    Czyli jak widzę, nic nowego. Autorka dalej brnie w nieciekawe klimaty. Józinek się ochajtał? Serio któraś zechciała tego młodocianego psychola? 😉

    Polubienie

Odpowiedz na kobietalemur Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s