Spodnie

W drodze do Szczecina, gdzie spędzaliśmy święta, pękły mi na udzie dżinsy. Mam w każdym razie nadzieję, że stało się to wtedy, a nie wcześniej, w pracy. Nikt się tam niby moim udom nie przygląda, ale mimo to wolałabym uniknąć epatowania dziurą.

Początkowo nieszczególnie się tym przejęłam. Powaga sytuacji dotarła do mnie dopiero kilka dni później, we wtorek po świętach. Do pracy wybierałam się na dziewiątą, a nie — jak zawsze — na ósmą, ale wstałam o zwykłej porze i zajęłam się celebrowaniem poranka, łącznie ze starannym obmyślaniem outfitu, co było dla mnie tym ważniejsze, że właśnie zrobiło się ciepło. Rzeczony outfit miał składać się z granatowej koszulki z krótkim rękawem, jasnych wąskich spodni i granatowych butów z czerwonymi elementami. Na wierzch jasnoszare wdzianko z dresówki rozszerzające się ku dołowi.

Niestety przed wyjściem postanowiłam jeszcze wypić kawę i oczywiście musiałam uciapać sobie nią spodnie. Jedyne wąskie spodnie we w miarę neutralnym kolorze, jakie mi pozostały. Znacznie komplikowało to kwestię ubioru, ponieważ jedyna posiadana przeze mnie sztuka odzieży dolnej, która w połączeniu z tym wdziankiem nie wyglądałaby głupio, to zielone rurki, z granatem i czerwienią komponujące się średnio. Szukałam więc dalej, nie mając ochoty przebierać się całkowicie. W jednych potencjalnych spodniach brakowało guzika, drugie były dramatycznie pomięte. W końcu uznałam, że pozostały mi tylko niezwykle oryginalne portki z krokiem w kolanach, które nosiłam z radością, dopóki nie zobaczyłam się w nich na zdjęciach. Pierwszą moją myślą było wówczas „Czy ta pękata gropa to naprawdę ja?!”. Przypomniałam sobie jednak, że na tych zdjęciach miałam też kurtkę, której nie zamierzałam owego dnia zakładać. Na jakąś odzież wierzchnią należało się jednak zdecydować. Wdzianko z dresówki nie wchodziło w grę. W kardiganie wyglądałam jak ogromna gruszka. Jedna bluza nie pasowała mi kolorystycznie, drugą zostawiłam w aucie, trzecia była w brudach. W żakiecie budziłam podejrzenia, jakobym ubierała się po ciemku. Płaszcz wiosenny był wciąż jeszcze wilgotny po praniu. W końcu ściągnęłam koszulkę i założyłam cienki granatowy sweter. A potem przebrałam buty, bo stylistycznie pasowały jak pięść do nosa.

Już miałam wychodzić, gdy przypomniałam sobie, że usta umalowałam na czerwono, pod kolor tych elementów na butach. Sensu teraz ta czerwień nie miała żadnego. Starłam szminkę, ale nie do końca, żeby nie rozsmarować jej sobie po twarzy, wybrałam inną. Kolor wyszedł nieoczekiwany, ale w sumie w porządku. Z pierwotnego stroju została mi bielizna. A mogłam od razu przebrać się w sukienkę. Do którejś na pewno pasowałby żakiet.

Cała ta sytuacja uświadomiła mi, że muszę sobie kupić spodnie. To chyba najgorsza pod tym względem część garderoby. Wciąż pamiętam, jak wyglądało to w czasach późnej podstawówki, gdy na rozmiarówkę dziecięcą byłam za gruba, a na damską za niska. Te wyprawy do Domu Handlowego Wanda, mierzenie niezliczonych par, wybieranie takiej, w której wyglądałam najmniej tragicznie, oddawanie do skrócenia… A do tego ta dzisiejsza moda na wysoki stan, w którym nie czuję się i nie wyglądam dobrze. O niepodążaniu za modą łatwo się mówi, gorzej, jak trzeba znaleźć coś w sklepach. A zresztą, nie chcę wyglądać jakbym estetycznie wciąż tkwiła w czasach liceum, wszak w tym roku mam dziesięciolecie matury. Każdej innej osobie powiedziałabym (gdyby z jakiegoś powodu wyraziła zainteresowanie moją opinią), żeby sobie wyglądała, bo co komu do tego, ja jednak mam do wszystkich kwestii związanych z prezencją stosunek mocno niespójny.

Z jednej strony uważam, że to prywatna sprawa każdego człowieka i nie ma obowiązku podążania za trendami czy cudzymi wyobrażeniami na temat tego, co wypada, co się powinno nosić, czy i jak się malować i jakie atuty podkreślać. A już jak widzę frazę „maskowanie niedoskonałości sylwetki” albo jeszcze lepiej, „wyrównywanie proporcji”, to mną trzepie. Z drugiej strony, niby nie oceniam, a brata się czepiam, że mu zaraz spodnie spadną z tyłka pod ciężarem szpejów poupychanych po kieszeniach. Co więcej, sama lubię ładnie wyglądać. A nawet więcej, stosownie wyglądać. Żadnych topów na ramiączkach do pracy, dżinsów na wesele, dresów do opery. Wyjątkiem były z jakiegoś powodu egzaminy na studiach, ale już na obronę magisterki sukienkę pomagało mi wybrać więcej osób niż na ślub. I z jednej strony mało obchodzi mnie, co inni sobie pomyślą (albo uważam, że powinno mnie to mało obchodzić… nie mam teraz ochoty na dogłębną introspekcję), z drugiej miło mi, gdy uważają, że wyglądam dobrze, zwłaszcza gdy są to osoby, których gust cenię.

We współczesnej kulturze chyba trudno jest mieć do kwestii wyglądu spójne podejście. Zwłaszcza jeśli jest się kobietą. Świadomość pewnych mechanizmów swoje, a nabyte wzorce swoje. I wiecie co, ja nie mam ochoty z tym u siebie walczyć, wyrabiać sobie jakiegoś jednolitego stanowiska, chociaż zdaję sobie sprawę, że jednoczesna dbałość o stosowność stroju i przekonanie, że nie powinno mnie obchodzić, czy cudzy strój jest stosowny, nieco się ze sobą kłócą. Trudno. Lepiej, żeby mi się miały kłócić poglądy niż kolory. Z tego pierwszego może się kiedyś wyklarować coś sensownego.

 

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Spodnie

  1. Ha, to jest prawdziwy dylemat. Z jednej strony, podejrzewam, iż mój stopień wywalenia na opinię bliźnich uchodziłby w wielu kręgach za ekstremalny. Z drugiej, kiepsko bym się czuła, obdarzając społeczeństwo widokiem włochatej pachy. Choć golić pach – ani w ogóle niczego, jak już jesteśmy przy tym, toż to mordęga – nie lubię.

    Polubienie

  2. Komponowanie outfitu brzmi jak coś, co robią ci niewiarygodnie bohaterscy ludzie bezboleśnie wstający rano (jak oni mają cudownie!) Teoretycznie można to robić poprzedniego dnia wieczorem, ale to z kolei są niewiarygodnie bohaterscy ludzie, którzy są Poukładani.

    W efekcie przed popełznięciem do pracy wdziewam na siebie dżinsy, na tułubek t-shirt i jedyne co zgrywam kolorystycznie to kolor koszulki z malowaniem oka. Czasem kolczyki.
    Ratuje mnie to, że dawno ustaliłam sobie kolory, w których wyglądam dobrze i na szczęście tym kolorom też jest ze sobą dobrze.

    Adekwatność w stroju lubię i cenię, ale po pierwsze moja praca to zaplecze zaplecza (tłumaczka oprogramowania), po drugie mam solidną wyrwę, tam gdzie mieszczą się smart casuale, żakiety, spódnice do rajstop i cały ten środkowy poziom formalności. Albo jest dżins (albo letnia kiecka), albo suknia wieczorowa, których mam cztery.

    Co do opinii ludzi… Teoretycznie dynda mi luźnym kalafiorem (i niekiedy chodzę z okłaczoną nogą); w praktyce kiedy już muszę się ogarniać na duże okazje, czuję presję czucia się Bóstwem. Nie nieźle, dobrze, ładnie – tylko, kacza noga, Bóstwem. Wzdech.

    Polubienie

    • Nie jestem poukładana, dobrze więc, że przynajmniej wstaję bezproblemowo. A jeszcze teraz, jak mi kazali chodzić na dziewiątą, to w ogóle mam rano mnóstwo czasu na myślenie. Przy czym czasem mi się nie chce i stosuję taką samą metodę jak ty, tylko oko na beżowo, bo wtedy nie trzeba się zastanawiać, czy pasuje. I nie noszę kolczyków, to też ułatwia sprawę.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s