Jak ona pracuje?

Kończę właśnie czytać „Jak oni pracują? Rozmowy z polskimi twórcami” Agaty Napiórskiej. Zamieszczone tam wywiady ukazywały się pierwotnie w magazynie „Zwykłe życie”, co wprowadza pewien dysonans, bo życie twórcy na tyle znanego, żeby kogokolwiek obchodziło, czy podczas pracy pije herbatę, czy może chrupie orzeszki, odległe jest raczej od życia tak zwanego szarego człowieka. Z drugiej strony, freelancerka dotyka w dzisiejszych czasach wielu szarych ludzi, a co to w gruncie rzeczy za różnica, czy się w domu przed komputerem uprawia sztukę czy nie. Z boku wygląda to całkiem podobnie: siedzi taki i stuka w klawisze.

Rzecz jasna, nie wszyscy twórcy stukają, część w ogóle do komputera nie siada, bo specyfika zawodu od nich tego nie wymaga. Nie na twórcach jednak chciałam się dzisiaj skupić, ale — co nie zaskakuje — na sobie. Znana nie jestem, uznaję jednak, że własnych czytelników muszę w jakimś stopniu interesować.

Na początku każdego wywiadu dowiadujemy się, gdzie autorka spotkała się z daną osobą, a często również, co osoba piła. Najwyraźniej Napiórskiej bliska jest zasada milieu, którą rozciąga ona na napoje. U mnie mogłoby to wyglądać dwojako.

Wersja A, jeśli pani Kasia sprzątała u mnie niedawno: W dużym pokoju z aneksem kuchennym dominuje kolor zielony. Lemur proponuje kawę, od razu uprzedzając, że nie ma mleka. Cukier w domu jest, bo mąż czasem słodzi. Sama pije espresso. Oprócz filiżanki kładzie przed sobą paczkę cameli żółtych i popielniczkę.

Wersja B, jeśli pani Kasi nie było od jakiegoś czasu: Lemur umawia się w jakimś lokalu z ogródkiem, żeby móc w spokoju palić. Zamawia espresso i sok grejpfrutowy, a jak nie ma, to tonik.

Wywiady zaczynają się zazwyczaj od poranka, co logiczne, bo raz, że się człowiek wtedy zbiera do pracy, a dwa, że rano najłatwiej o ustabilizowane zwyczaje.

Budzik mam ustawiony na szóstą, ale nie wstaję wtedy, tylko półprzytomnie zjadam Euthyrox. Potem śpię jeszcze od dziesięciu minut do pół godziny. Na śniadanie mam przeważnie bułkę ze serem i sok grejpfrutowy wyciskany. Potem piję kawę i wypalam dwa papierosy, przeglądając fejsa albo czytając książkę. Wolę fejsa, bo w książkę mogłabym się za bardzo wciągnąć. Następnie idę do łazienki, decydując w międzyczasie, czy najpierw się ubrać, czy może umalować. Ubieram się różnie, raz w spodnie, raz w sukienkę, najrzadziej w spódnicę, maluję natomiast przeważnie tak samo: baza pod cienie, na to matowy beż, na to albo też beż, tylko błyszczący, albo taki połyskujący różowo-fioletowy, potem kreska czarnym cieniem, tusz, dużo korektora pod oczy, dwie pompki podkładu, puder, bronzer, rozświetlacz, pomadka. Pomadek mam dużo, ale najczęściej wybieram coś stonowanego. Jak się je w pracy, to bardziej intensywne kolory trzeba potem poprawiać, a o tym mogłabym nie pamiętać.

Gdy już wyglądam jak człowiek, pakuję do torebki drugie śniadanie (kanapka, owoc i baton, z tych teoretycznie zdrowszych, bo z muesli czy innymi orzechami. Kanapkę udaje mi się zjeść codziennie, owoc nie zawsze, a batony biorę na czarną godzinę). Z reguły nie biorę nic do odgrzania ani nie zamawiam sobie lanczu, bo w pracy dania ciepłe mi nie smakują. Inni ludzie, jak wynika z moich obserwacji, nie mają takich problemów i codziennie jedzą obiad w kuchni, której oficjalna nazwa to pomieszczenie socjalne.

Ci inni ludzie to w ogóle mają osobliwe zwyczaje. Niektórzy na przykład — nie, żebym była wścibska, po prostu wszystkim pracownikom wyświetla się to w intranecie — zamawiają sobie same ziemniaki. Nie wiem, po co zamawiać sobie ziemniaki. Chyba po to, żeby je potem można było zostawić. W ogóle dziwi mnie popularność kuchni polskiej. Jakieś pyzy z mięsem, kotlety schabowe, gołąbki… jeszcze rozumiem z domu sobie przynieść, ale takie kupne kojarzą mi się ze szkolną stołówką.

Potem lokalizuję telefon, czytnik, papierosy, klucze i portfel. Robię sobie kolejną kawę, zasiadam na kanapie, wypalam kolejne papierosy. Potem pakuję wszystkie zlokalizowane uprzednio rzeczy do torebki, ubieram buty i wychodzę.

Tak to wygląda w idealny poranek, idealne poranki jednak zdarzają się rzadko. Ostatnio na przykład w dość osobliwy sposób rozbiłam szklankę stojącą w zlewie. Wsadziłam do niej nóż i musiałam trafić nim w jakimś szczególny punkt, bowiem szklanka pokryła się siateczką pęknięć, a jej górna część rozprysnęła się po kuchni. A najgorsze, że przydarzyło mi się to przed jedzeniem.

Kiedy pracowałam w domu, poranki były w sumie podobne. Wstawałam nieco później, bo o siódmej, dokładnie tak samo celebrowałam śniadanie, myłam się, ubierałam, choć z mniejszą uwagą, tyle że nie robiłam makijażu ani drugiego śniadania i nigdzie nie lazłam. Torebki też nie pakowałam, co się chyba rozumie samo przez się. No i tę drugą kawę często wypijałam już przy komputerze.

Do pracy jadę tramwajem. Miałam przesiąść się na rower, ale okazało się, że mam rozwalone koło. Na dziewiątkę przeważnie nie chce mi się czekać, więc wsiadam w cokolwiek i przesiadam się na Mogilskim. W kiosku koło przystanku można tam kupić camele, z jakiegoś powodu niedostępne zarówno w osiedlowym, jak i koło biura.

Na miejscu jestem koło dziewiątej*. Wcześniej chodziłam na ósmą, ale szef zasugerował, żebym zjawiała się później, a wychodziła jak zwykle, żeby zredukować liczbę nadgodzin. Zasiadam przy biurku, włączam komputer, podpisuję listę obecności i czytam maile. Jest ich zazwyczaj między 20 a 30, z czego reakcji wymaga lub może wymagać mniej-więcej połowa. Oznaczam je sobie, po czym reaguję. Najpierw na pilne, potem na skierowane do mnie, a nie do całego teamu, potem na skierowane bardziej do mnie jak do całego teamu, a potem na całą resztę, chyba że tą resztą zdąży się wcześniej zająć ktoś inny.

O dziesiątej idę na papierosa z kolegą, a czasem również i z koleżanką. Palimy na parkingu. Te nasze przerwy nikotynowe wyznaczają mi rytm dnia bardziej niż cokolwiek innego, bowiem jako jedyne odbywają się o stałych porach. Pozostałe elementy mojej pracy dzielą się na produkcyjne, które wydarzają się wtedy, kiedy się wydarzają, i nieprodukcyjne, które teoretycznie mogłabym zaplanować, ale w praktyce robię je w międzyczasie. Te pierwsze polegają albo na tworzeniu instrukcji dla lingwistów i odpowiadaniu na ich pytania o różne rzeczy, albo na sprawdzaniu, co rzeczeni lingwiści zrobili i czy na pewno dobrze. Te drugie dotyczą głównie aktualizowania materiałów referencyjnych. Wszystko to wymaga pisania dużej ilości maili, grzebania w tabelkach w Excelu, pedeefach, plikach dwujęzycznych, pamięciach tłumaczeniowych i w czym tam jeszcze. Czasem mam też spotkania. Spotkania są fajne, dopóki nie muszę na nich za dużo mówić, bo to mnie stresuje. Ostatnio coraz mniej, więc może kiedyś się przyzwyczaję. Albo nie i już zawsze czuć będę w takich sytuacjach suchość w ustach i pustkę w głowie.

W domu mój dzień wyglądał inaczej, spokojniej. Znacznie mniej maili, znacznie więcej fejsa, żadnych spotkań. Zadania też miałam bardziej monotonne — zamiast zajmować się pierdylionem rzeczy, zazwyczaj przez cały dzień przekładałam jeden tekst. Obydwa tryby pracy mi odpowiadają, obecnie zresztą udaje mi się je łączyć: po powrocie często przebieram się w ciuchy na po domu, odpoczywam chwilę, jem obiad i siadam do tłumaczenia. Niektórzy dziwią się, że mi się chce. Nie jest to kwestia chęci, raczej poczucia bezpieczeństwa wynikającego z posiadania kilku źródeł dochodu. I tak siłą rzeczy biorę mniej zleceń.

Lubię chodzić do biura. Z możliwości pracy zdalnej skorzystałam raz, choć mogłabym codziennie. Podoba mi się, że muszę się ogarnąć, wyglądać i zachowywać się jak cywilizowany człowiek lemur, że dookoła są ludzie, ale nie muszę z nimi cały czas konwersować, że częściej bywam poza swoim osiedlem. A jeszcze bardziej podoba mi się stały dochód i płatny urlop. Ale to wiadomo.

Ciągle okazuje się, że przydałyby mi się kolejne części garderoby albo że skończył mi się jakiś kosmetyk, ale nie przeszkadza mi to. Lubię kupować ubrania i kolorówkę. Nawet zakup spodni na miejsce tych, które mi się podarły, okazał się bezbolesny.

W dni, kiedy po pracy w biurze nie pracuję już w domu, głównie czytam. Czasem ucinam sobie drzemkę albo gram w Simsy, choć ostatnio nie prowadzę rozgrywki sensu stricto, tylko buduję domki. Bloguję zbyt rzadko. Bywa też, że uprawiam jakieś życie towarzyskie. Rzeczy pożytecznych robię niewiele: obiady gotuje mąż, sprząta pani Kasia. Wcześniej było w zasadzie tak samo, może tylko częściej pisałam. To jedyna sfera mojego życia, która w jakimś stopniu ucierpiała, ale i z tym można jeszcze coś zrobić. Czego, mam nadzieję, i wy sobie życzycie.

 

*Najwyższy czas, bo napisałam już 794 słowa, a jeszcze nie dotarłam do sedna.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Jak ona pracuje?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s