Przeczytane w kwietniu 2018

Wróciłam dziś z urlopu i niewątpliwie zdam z niego relację już wkrótce, porządek jednak należy zachować, dlatego pierwszy w tym miesiącu wpis dotyczyć będzie książek przeczytanych w kwietniu. Było ich dziewięć, a tematykę miały zróżnicowaną.

  1. Na samym początku miesiąca przeczytałam „Ukojenie” Vandermeera, ostatni tom cyklu o Southern Reach, o którym już pisałam.
  2. Następnie kupiłam wreszcie dwie pozycje, które wisiały na mojej liście od roku 2016. Pierwszą z nich była powieść Jamesa Schuylera „Alferd i Ginewra”,
  3. drugą zaś zbiór reportaży Mariusza Szczygła „Niedziela, która zdarzyła się w środę”. Obydwie polecam.
  4. W dalszej kolejności przeczytałam „Na gigancie” Petera Maya. Sama się sobie dziwię, że chciało mi się czytać do końca, jest to bowiem książka w gruncie rzeczy dość głupia, a na dodatek otwarcie moralizatorska.
  5. Z kolei zbiór wywiadów „Jak oni pracują? Rozmowy z polskimi twórcami” Agaty Napiórskiej (też już o nim wspominałam) czytało mi się dobrze, choć niekiedy prezentowane tam opinie zdawały mi się co najmniej osobliwe. Fragment mówiący o tym, że jak chirurg wraca do domu, to już ma spokój, w przeciwieństwie do artysty, który nigdy nie ma wolnego, zrobił na mnie takie wrażenie, że aż przytoczyłam go rodzinie. Wszyscy zgodnie wybuchli gromkim śmiechem, tylko tata zrobił się jakby nieco nerwowy…
  6. Potem sięgnęłam po „Zobaczyć Sorrento i umrzeć” oraz
  7. „Zgubna trucizna” Kwiatkowskiej, czyli dwa przyjemne kryminały historyczne.
  8. Przeczytawszy je, wzięłam się natomiast za współczesną grecką powieść Makisa Tsitasa, „Bóg mi świadkiem”. Bardzo dobra rzecz.
  9. Miesiąc zakończyłam zaś „Koronkową robotą. Sprawą Gorgonowej” Łazarewicza. Bardzo interesujący i dogłębny reportaż.

Przeczytawszy to wszystko, podjęłam brawurową decyzję, by na wyjazd nie kupować nic nowego. Wynikało to z faktu, że w międzyczasie policzyłam książki, które mam, a których do tej pory nie przeczytałam. Wyszło ich osiemdziesiąt, połowa na półkach, połowa na czytniku*, a nie brałam pod uwagę ani publikacji naukowych należących do mojego męża, nie sądzę bowiem, bym miała w najbliższej przyszłości zapragnąć dla przyjemności zgłębiać teorię stosunków międzynarodowych**, ani jego bogatej kolekcji tak zwanych betonów, czyli pozbawionej większych ambicji literackich fantastyki. Jeśli chodzi o dzieła pozbawione większych ambicji literackich, mam swoje kryminały. Decyzja ta finalnie okazała się właściwa, bowiem przez cały urlop czytałam jedną książkę, ale za to grubą. I dość betonową, jednak na tyle wciągającą, że nie miało to większego znaczenia.

*Nie, nie brałam ze sobą czterdziestu papierowych książek. Uznałam, że starczą mi te z czytnika.

**Swoją drogą, zanim poznałam Mateusza, sądziłam, że stosunki międzynarodowe są zasadniczo dwa: wojna i pokój.

 

Na zdjęciu Tallin, który nie ma nic wspólnego z tematem notki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s