Przeczytane w sierpniu, czyli miesiąc z Agathą Christie

Sierpień był miesiącem raczej kontrastowym — z jednej strony cudowny urlop, rocznica ślubu, wesele kuzyna, ruskie pierogi i porządek w szufladzie z bielizną, z drugiej tajemnicza awaria zlewu, o której po dziś dzień nie wiadomo, czy została usunięta, czy tylko przyczaiła się na jakiś czas, przeziębienie, osłonka od łańcucha rowerowego, która nie chce ani trzymać się na miejscu, ani definitywnie odpaść, a wreszcie powidła śliwkowe mojej mamy, które po otwarciu okazały się spleśniałe. Być może dlatego, w ramach przeciwwagi, moje lektury były dość monotonne.

  1. Zaczęłam od „Autobiografii” Agathy Christie. Doskonała lektura, chyba ciekawsza od niektórych powieści autorki. Co rzecz jasna nie znaczy, że natychmiast po jej zakończeniu nie zapragnęłam przeczytać ich wszystkich. Przeszło mi, choć z pewnością nie ostatecznie, po jedenastu.
  2. Na pierwszy ogień poszły książki z Tommym i Tuppence, czytane w jakiejś głupiej kolejności. Najpierw mianowicie wzięłam się za „Śledztwo na cztery ręce”, które powstało jako drugie. Podobało mi się, prawdę mówiąc, tak sobie, co jednak mnie nie zniechęciło.
  3. Następne było „N czy M?”, czyli powieść, która ukazała się jako trzecia. Wzbudziła we mnie znacznie cieplejsze uczucia.
  4. Po nim nastąpiła „Tajemnica Wawrzynów”, ostatnia z książek o tej parze. Ona również przypadła mi do gustu.
  5. Potem zaś przeczytałam „Tajemniczego przeciwnika”, czyli pierwszą powieść w serii. To chyba w tym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy jest jakiś utwór Cristie, w którym nie występuje motyw walenia bohatera od tyłu w głowę.
  6. Jako ostatnią przeczytałam powieść opublikowaną jako czwartą, czyli „Dom nad kanałem”. Tak, tu również mamy do czynienia z waleniem w łeb. Poza znużeniem tym motywem odczucia mam jednak pozytywne.
  7. Po pięciu tomach przygód Beresfordów nadeszła pora na jakąś odmianę, przeczytałam zatem powieść obyczajową „Samotna” napisaną przez Agathę Christie pod pseudonimem Mary Westmacott. Był to dobry wybór, nawet pomimo padającego tam gdzieś głupiego komentarza o gwałcie. Wiele źródeł podaje, że tym nazwiskiem Agatha Christie sygnowała romanse. Cóż, ta powieść na pewno romansem nie jest, a sądząc po opisach, nie sądzę, by były nimi wszystkie pozostałe. Być może sprawdzę to w nadchodzących miesiącach.
  8. W dalszej kolejności postanowiłam przeczytać pierwszą z powieści Agathy Christie — „Tajemniczą historię w Styles”. Ani Poirot, ani Hastings nie denerwowali mnie tu, a zdarzało im się to w późniejszych powieściach.
  9. Potem, w sumie dość przypadkowo, wybrałam „Tajemnicę siedmiu zegarów”. Takie sobie, prawdę powiedziawszy.
  10. Znacznie lepsze są „Rosemary znaczy pamięć”
  11. i „Tajemnica Bladego Konia”, które przeczytałam jako następne.
  12. Ostatnią książką Christie było „Zabójstwo Rogera Ackroyda”. Ono również mi się podobało, nie miałam już jednak ochoty na więcej.
  13. Nie znaczy to, że tak po prostu porzuciłam kryminały. Na czytniku uchował mi się jakimś cudem „Maigret w kabarecie” Byłoby spoko, gdyby nie upiorna homofobiczna wstawka. Ja wiem, że takie były czasy, ale mimo to nieprzyjemnie się to czyta.
  14. Po nim wygrzebałam jeszcze książkę „Elżbieta odchodzi” Wizja poczynań wywiadu zachodnioniemieckiego ubawiła mnie setnie. Edigeyów mam jeszcze mały zapasik, ale na razie mi wystarczy.
  15. Potem nastąpiła wreszcie zmiana tematyki. Skończyłam mianowicie czytać „Ofiarowaną. Moje życie w sekcie scjentologów” Jenny Miscavidge Hill. Nie wiem, czemu uparłam się, żeby to skończyć, nudne bowiem w gruncie rzeczy było pierońsko.
  16. Następnie mogłam wreszcie wziąć się za „Inne światy”, czyli antologię opowiadań inspirowanych pracami Jakuba Różalskiego. Ponieważ był to prezent dla męża, musiałam poczekać, aż on przeczyta. Szczęśliwie w końcu to uczynił. Inaczej nie wytrzymałabym, pogwałciła prawo pierwoczytu i miała z tego powodu poczucie winy.
  17. Ostatnią przeczytaną w tym roku książką był reportaż „Niebo jest nasze” Brendana I. Koernera. Kupiłam tę książkę chyba jeszcze w 2017, po czym z niewiadomych przyczyn ignorowałam jej istnienie. Może i dobrze. Stanowiła dobre zakończenie tego miesiąca.

Gdy zaczynałam pisać tę notkę, zamierzałam zakończyć ją zapewnieniem, że na kolejny miesiąc nie planuję kryminałów, lecz w którymś momencie zaświtało mi w głowie, że nie przeczytałam jeszcze wszystkich dzieł, w których występuje Ariadna Olivier. Czuję, że ta luka nie może długo pozostawać niezapełniona.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s