Przeczytane w styczniu 2019 i nieprzeczytane w 2017

W grudniu kupiliśmy spontanicznie umywalkę, bo tak już bywa w Ikei. Fachowiec zamontował ją tydzień temu. To dość dobrze obrazuje mój poziom ogarnięcia w ostatnich miesiącach. Dlatego też nie powinno dziwić, że za podsumowanie przeczytanych w styczniu książek zabieram się w drugiej połowie lutego. Piszę zresztą ostatnio tak rzadko, że zaczynam się obawiać, że pewnego dnia otworzę Worda i zacznę się bezradnie rozglądać za tekstem źródłowym.

  1. À propos, choć nie jest to zbyt zgrabne nawiązanie, pierwszą książką, jaką przeczytałam w 2019 był zbiór esejów „Tłumacz między innymi. Szkice o przekładach, językach i literaturze” Jerzego Jarniewicza. Ciekawy, choć gdzie nie otworzyć, tam Barańczak, z okazjonalnymi przerwami na Conrada. Wolałabym chyba większą różnorodność.
  2. Następnie przeczytałam/obejrzałam „Bestiariusz słowiański” Pawła Zycha i Witolda Vargasa, który dostałam pod choinkę. Tekstu jest tam niewiele, jeśli zatem ktoś chciałby zgłębić temat, w tej pozycji najbardziej zainteresuje go bibliografia.
  3. W dalszej kolejności zrobiłam sobie przerwę na dwie Agatki — „Kota wśród gołębi” i
  4. „Niemego świadka”.
  5. Potem wróciłam do prezentów gwiazdkowych i przeczytałam biografię Lucyny Ćwierczakiewiczowej „Panią od obiadów” Marty Sztokfisz. Rzecz ciekawa, lecz gdybym miała pisać recenzję, zatytułowałabym ją zapewne „Potrzebne źródło”, była to bowiem moja pierwsza myśl za każdym razem, gdy trafiałam na fragmenty typu:

Kiedyś do obiadu podała kalafiory, a na kolację młodą fasolkę. W nocy słyszy, że mąż co chwila wychodzi z sypialni.

— Śpij, Stasiu, puszczać wiatry możesz tutaj — pozwala dobrodusznie.

  1. W końcu udało mi się też skończyć „Betonię” Beaty Chomątowskiej. Męczyłam ją chyba od listopada („Betonię”, nie Beatę), choć nie była to książka nudna, przeciwnie. Po prostu dawkowałam ją sobie po trochu, bo tu się nie ma co spieszyć. Myślałam jednocześnie o tym, że o blokowiskach mówi się, a w każdym razie mówiło w moim dzieciństwie, głównie negatywnie: że szare i bezosobowe, pastelowe i bez gustu, generalnie w jakim by nie były kolorze, to źle. Ja jednak, jako drugie pokolenie wychowane w bloku, uznaję jego zdecydowaną wyższość tak nad kamienicą, jak i nad domkiem jednorodzinnym. W tych pierwszych mieszkania są zdecydowanie za wysokie — trzeba wyciągać drabinę za każdym razem, gdy chce się zmienić żarówkę, a poza tym na cholerę komu tyle przestrzeni nad głową? Drugie zaś wiążą się przeważnie z długimi dojazdami busem albo autem, koniecznością ciągłego zajmowania się a to ogródkiem, a to odśnieżaniem, a to nie wiem czym, ale na pewno czymś uciążliwym.
  2. Na koniec wróciłam do Agatek, tym razem czytając „Noc i ciemność” oraz
  3. „Próbę niewinności”. Na tym póki co poprzestałam, odniosłam bowiem wrażenie, że wszystkie ciekawsze kryminały autorki już przeczytałam. Być może niesłusznie, w lutym nie sięgnęłam jednak jeszcze po żadną.

To jednak nie wszystko, co mam dla was dzisiej*. Drugą część dzisiejszej notki stanowi lista książek, których nie przeczytałam w 2017. Tak, właśnie w 2017, ich liczbę bowiem redukowałam stopniowo przez cały 2018, mogę zatem stwierdzić, że szansa, iż pozostaną one nieprzeczytane, jest spora, choć różnie to bywa. Oto one:

  1. „Pretty iconic”, o której to książce usłyszałam gdzieś na YouTube’ie, zanotowałam sobie, po czym nie poświęciłam jej więcej ani jednej myśli.
  2. „Ćma” i
  3. „Akuszerka” fińskiej autorki Katji Kettu. Tu nie wykluczam przyszłej lektury. Pierwsze kila stron którejś z tych pozycji nie zażarło, ale moje mamie się podobały.
  4. „Wyspa powrotów” Petera Maya. W ubiegłym roku odkryłam, jak głupio potrafi pisać ten autor, więc jakoś specjalnie mnie do tej pozycji nie ciągnęło.
  5. „Fioletowe światło” Michała Witkowskiego, którego w celu pozyskania dzieła należy (należało?) nagabywać na Facebooku. Nawet miałam to zrobić, ale jakoś się nie zebrałam.
  6. „Wszystkie dzieci Louisa” Kamila Bałuka, czyli książka, której nie kupiłam, bo nie było ebooka. To często mnie powstrzymuje.
  7. „Ostatnia wizyta” Jacka Ostrowskiego. Zaczęłam to czytać, poczułam się zdegustowana (toporne peerelowskie dekoracje, osobliwe zachowanie bohatera) i przestałam. Być może kiedyś wrócę w celach humorystycznych.
  8. „Księga nocnych kobiet” Marlona Jamesa. „Krótka historia siedmiu zabójstw” tegoż autora zainteresowała mnie bardzo, częściowo ze względu na przekład, „Księga nocnych kobiet” jednak jakoś mnie nie porwała.
  9. „Polskie Las Vegas i szwagier z Corelem”, czyli kolejna pozycja, której nie kupiłam z powodu niedostępności ebooka, kiedyś to jednak w końcu uczynię.
  10. „Śpiące królewny” Owena i Stephena Kingów. Kupiłam nawet tę książkę bratu, brat przeczytał, mogłam więc ją od niego pożyczyć, ale nie pożyczyłam. Pewnie już tego nie zrobię.
  11. „Lunatycy” Jana Favre’a. Najpierw byłam ciekawa, ale szybko doszłam do wniosku, że blog autora nie podoba mi się na tyle, żebym miała ochotę czytać jego prozę.
  12. „Tajniki paznokci” Ewy Grzelakowskiej-Kostoglu, których nie kupiłam, bo ostatecznie doszłam do wniosku, ze i tak chodzę na manicure do salonu i raczej nie zacznę robić jej sobie w domu (samo usuwanie to droga przez mękę), więc po co. Jest to w moim przypadku dość osobliwa decyzja, zdarza mi się bowiem czytać poradniki, treści których nie zamierzam nigdy wprowadzać w życie.
  13. „Sendlerowa. W ukryciu” Anny Bikont. Jakoś nie miałam nastroju.
  14. „Czasy secondhand” Swietłany Aleksijewicz. Wszystkie inne książki autorki pożerałam tak łapczywie, że aż mi głupio było, a tę jedną porzuciłam po kilkudziesięciu stronach. Nie wiem, czy jeszcze do niej wrócę, nie wykluczam tego.

Książek nieprzeczytanych w 2018 mam tymczasem na ten moment trzydzieści cztery i pilnie pracuję nad zredukowaniem tej liczby. Czuję, że pomógłby mi w tym urlop wypoczynkowy albo L4, znajduję się jednak w dobrym zdrowiu, a brać wypoczynkowy na czytanie to jednak lekka przesada, choć przecież przy niczym nie wypoczywa mi się lepiej.

*To literówka, ale ją tu zostawię. Mąż się ze mnie śmieje, że czasem mówię „dzisiej”, „wczorej” i „tutej”. Odpowiadam mu na to przeważnie „Weźże się” albo coś równie ambitnego.

 

3 uwagi do wpisu “Przeczytane w styczniu 2019 i nieprzeczytane w 2017

  1. Ja tak samo męczyłam, to znaczy dawkowałam sobie „Betonię”. Podobało mi się obiektywne spojrzenie na bloki, a jednocześnie ich różnorodność – bloki w Polsce i za granicą. Ogólnie udana pozycja.

    Polubienie

  2. A mnie FB nie pokazuje Twoich wpisów. Muszę nad tym popracować. Co do ebooków, to niestety mam tak samo. Szczególnie teraz, kiedy kupowanie książek papierowych obarczone jest kosztami wysyłki za granicę. A jak coś mam w papierze, to męęęczę miesiącami (ebooki lecą błyskawicznie).

    Polubienie

    • Nie pokazują się, bo nie piszę, czasem coś wrzucę na fanpage. Może kiedyś znowu zacznę.
      Zaczęłam w tym roku chodzić do biblioteki. Upierdliwe, ale pozwala przeczytać książki, których nie ma w formie ebooka.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s