On

papuzaMoże zawierać spoilery, śladowe ilości orzechów i wina czerwonego półwytrawnego

 

To nie będzie składna recenzja, to w ogóle chyba nie będzie recenzja, ponieważ w tej właśnie chwili skończyłam czytać i moje odczucia związane z książką wyglądają jak wielki fajerwerk. Mogłabym poczekać, żeby mi się uleżały, żeby mi się wyklarowało, co należy powiedzieć, jak właściwie ocenić, na jakie aspekty dzieła zwrócić uwagę. Ale wiem, że jak to się skończy: w połowie myślenia odechce mi się pisać, a potem w przeczytanych znowu ograniczę się do kilku durnych słów, że na przykład podobało mi się bardzo, polecam. Albo postanowię rzucić jakąś niby to oryginalną myślą, której jednak nie rozwinę, bo już będę miała rzecz tak dokładnie przerobioną w głowie, że nie będę chciała do niej wracać. Z takiej myśli nie wyniknie nic dla nikogo, ewentualnie ktoś skonstatuje, że WTF.Czytaj dalej »

Reklamy

Prawdziwy mężczyzna żuje jalapeño

Tak się złożyło, że znów przeczytałam książkę kucharską. W całości. Nie była długa. Ale to nie przepisy przykuły moją uwagę. Nie. W „Bohaterze kuchni. Uwaga! Na ostro”, dziele przeznaczonym, jak można dowiedzieć się z blurbu, dla czytelnika męskiego, najbardziej zainteresował mnie obraz ról i upodobań mężczyzn i kobiet. A ten poznajemy już we wstępie.

z4508736qowoce-papryki-maja-nie-tylko-rozne-kolory-ale-i-niesamowite
stąd: http://www.e-ogrody.pl/Ogrody/1,113408,4508317.html

Czytaj dalej »

„Feblik” — recenzja

Może zawierać spoilery.

feblikbig551026Gdy byłam młodym i niewinnym lemurkiem, Małgorzata Musierowicz była jedną z moich ulubionych pisarek. Przeżywałam perypetie bohaterek, martwiłam się, że bardziej przypominam Pyzę niż Tygryska, wierzyłam, że łacińskie wtręty w konwersacji to szczyt elegancji. Próbowałam nawet napisać list do autorki, ale nie bardzo wiedziałam, co miałabym w nim zawrzeć.

Z wiekiem bezkrytyczność mi przeszła, a Małgorzacie Musierowicz zaczęła spadać forma, co widać szczególnie w tomach, które ukazały się po „Kalamburce”. O ile do wcześniejszych książek wracałam wielokrotnie, o tyle „Język Trolli”, „Żabę”, „Czarną polewkę” i „Sprężynę” odkładałam na półkę po jednym przeczytaniu, cokolwiek zawiedziona. Ich treść powoli zlewała mi się w jedno. A potem ukazała się „McDusia”.Czytaj dalej »

„Co nas nie zabije” — recenzja

Źródło: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/co_nas_nie_zabije_27_sierpnia_zadebiutuje_czwarta_czesc_sagi_millenium_332875.html

Nigdy nie byłam fanką serii „Millennium” Stiega Larssona. W swoim czasie przeczytałam ją rzecz jasna w całości, byłam nawet na filmie na podstawie pierwszej części, daleka byłam jednak od wyrażanego przez licznych znajomych zachwytu. Czytało się to dziwnie — łapczywie, z zaangażowaniem, ale jednocześnie z poczuciem jakiejś nieadekwatności wynikającej z faktu, że jest to dzieło wybitnie źle napisane: opisy wnętrz i przedmiotów brzmią jak połączenie katalogu Ikei i gazetki MediaMarktu, a Lisbeth z każdą stroną zyskuje kolejne supermoce, a na końcu także supercycki. Do tego jeszcze błąd gramatyczny w polskiej wersji tytułu drugiej trzeciej [Edycja, bo błąd. Dziękuję Zofii K. za dostrzeżenie go] części.Czytaj dalej »

„Dysforia. Przypadki mieszczan polskich” — recenzja

Nie mogę pojąć, dlaczego spodziewałam się po książce Kołodziejczyka więcej niż po jego reportażach w Polityce. Powinnam była wiedzieć lepiej. Skusiły mnie jednak pozytywne recenzje. I żeby to jeszcze były recenzje z zaufanych źródeł… to nie, czyjś polubiony przez znajomą post na fejsie i coś tam jeszcze, nie pamiętam już nawet dokładnie. A sama w zeszłym miesiącu sarkałam na tych, co się wzięli za Witkowskiego, a teraz narzekają. Cóż, każdy się może przejechać.Czytaj dalej »

Tomasz Lektorny — „Kallima Inachus”

Na Plantach zaczepił mnie jakiś facet i zapytał, czy chcę kupić jego książkę. Trochę mnie zaskoczył, co musiało odmalować się na mojej twarzy w jakiś niezbyt przyjemny sposób, bo facet wysnuł z tego (błędny zresztą) wniosek, że niedawno skrzywdził mnie jakiś mężczyzna, w związku z czym obawa przed samcami jest we mnie „jak świeży grzyb, który wyrósł gdzieś w lesie”. Poinformował mnie też, że choćby ujrzał we mnie kobietę swego życia, nie zaproponowałby mi pójścia na piwo ani obrzucania się liśćmi, zanim nie zapoznałabym się z jego twórczością. W wieku szesnastu lat byłabym nim zapewne zachwycona, ale to było dawno. Wiedziona ciekawością, wyasygnowałam dziesięć złotych i weszłam w posiadanie pliku spiętych pośrodku zszywkami kartek.

Dzieło zrobiło na mnie duże wrażenie. Trzeba bezgranicznej wiary we własny literacki geniusz i organicznego wstrętu do minimalnego choćby researchu, by stworzyć coś takiego. Ach, czego tu nie ma!Czytaj dalej »

„Ślepnąc od świateł”, trawiąc makowiec

źródło: http://www.empik.com/slepnac-od-swiatel-zulczyk-jakub,p1101125199,ksiazka-p

Od razu zaznaczam, że to nie jest recenzja, tylko jedna wielka dygresja. Jak z Wikipedią, wchodzi człowiek sprawdzić jakiś drobny fakt dotyczący dajmy na to — że pozwolę sobie na autoplagiat z komcia na fejsie — braci Strugackich, a dwie godziny później okazuje się, że z wypiekami na twarzy czyta o chorobach bydła domowego. Mój umysł nie jest dziś tej nocy szczególnie zdyscyplinowany.

Rzecz dzieje się w okolicach świąt Bożego Najedzenia. „Ślepnąc od świateł” Jakuba Żulczyka czytam chciwie i chyba nieuważnie, siedząc nocą w kuchni, paląc papierosy i nie śpiąc. Mam urlop i nie muszę następnego dnia meldować się na stanowisku wydajnej pracy o godzinie mniej-więcej ósmej trzydzieści. Ale gdybym nie miała, gdybym wiedziała, że oto uciekają mi cenne godziny snu i nie zdążę się zregenerować przed następną rundą walki z błędami tłumaczy, pewnie też bym siedziała, bo to wciągająca lektura.Czytaj dalej »